Van Der Graaf Generator, Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 21 kwiecień 2007
"Six Bob Tour" dotarło do Polski…po 36 latach. Co prawda w okrojonym składzie (bez Lindisfarne które w obecnej chwili nie istnieje) i w dwóch etapach (Genesis wystąpi dopiero 21 czerwca w Chorzowie) ale liczy się jedno. Mianowicie fakt oglądania przez polskich fanów koncertów zespołów o których przyjeździe nie mogli nawet pomarzyć na początku lat 70. Genesis owszem, grało już u nas, podobnie Peter Hammill solo ale jeszcze nie zdarzyło się aby obydwa zespoły na których wspólną trasę koncertową mogli załapać się…chyba tylko Anglicy przyjechały do Polski niemalże równocześnie. A przecież nie mogliśmy oglądać ich będąc po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny. Jeszcze 10 - 15 lat temu przyjazd jakiejkolwiek zachodniej gwiazdy traktowany był jak coś egzotycznego. Dziś taki "eksces" jest już na porządku dziennym.
Na Van Der Graaf Generator musiałem się wybrać. Uznałem że być może jest to jedyna okazja zobaczenia na żywo nie tak dawno reaktywowanego zespołu. A jak wiadomo nie są to ludzie pierwszej młodości, Hammill przeżył zawał…
Pierwszy z dwóch zaplanowanych w Polsce koncertów odbył się w Bydgoszczy w Filharmonii Pomorskiej i przyznam że nie wyobrażam sobie innego miejsca na ten show. W muzyce Van Der Graaf Generator jest sporo odwołań do klasyki i ta sala je uwypukliła. Nie sprzedano całej ilości biletów (w dniu koncertu można było bez problemu dostać miejsca VIP-owskie) ale przyszła w miarę zadowalająca liczba osób. Kilkanaście siedzeń pozostało pustych jednak publiczność zebrała się jednym większym skupisku emanującym magią płynącą z miłości do muzyki. Koncert rozpoczął się bez poślizgu. Po zgaszeniu świateł na scenę weszło trio : Hammill, Guy Evans i Hugh Banton (David Jackson opuścił kolegów jakiś czas temu, z niewyjaśnionych przyczyn). Set rozpoczęli od "Lemmings" z uważanej za najlepszą "Pawn Hearts". Z tego krążka było jeszcze "Man - Erg". Czyli w sumie "pół perfekcyjnej płyty" jak głosił kiedyś pewien slogan. Z "Present" panowie zagrali tylko jeden kawałek. Ale za to jaki! "Nutter Alert", nagranie dorównujące największym osiągnięciom zespołu. Było jeszcze "Undercover Man" połączone z "Scorched Earth", "All That Before", Wondering", premierowe "Lifetime" i "Meurglys III (The Songwriter's Guild)". Z "moich" utworów zabrakło "House With No Door", "Refugees"(grane obecnie na koncertach) i "Out Of My Book". Jednak to co ci starsi panowie wyprawiali na scenie pobiło wszystko! Oto macie przed sobą 60 - latków grających tak że młode zespoły mogą im buty czyścić. Powiecie że ściemniam. W życiu! Każdy z obecnych na sali potwierdzi moje słowa. Hammill bardzo ruchliwy czy to z gitarą czy przy klawiszach czy też(tak!) tańcząc. Evans wyczyniający nieprawdopodobne rzeczy na swoim zestawie perkusyjnym (w niektórych momentach grał nawet lepiej niż na płytach studyjnych). Banton rękoma przebierający po klawiaturze a nogami po pedałach basowych, co nie sprawiało mu żadnej trudności. Po prostu usiadłem i bite dwie godziny będąc jak w transie obserwowałem to z j a w i s k o. Należy także wspomnieć o formie głosowej Hammilla. Gdy słuchałem "Present" czy też ostatnich solowych płyt myślałem że w studio coś było robione z jego głosem. Niemożliwe żeby się nie zmienił przez te wszystkie lata. Nie zmienił się. Z miejsca na którym siedziałem słyszałem Petera Hammilla jak za dawnych lat. Im starszy tym lepszy. Brakowało trochę w tym wszystkim Jacksona z jego saksofonami i fletami ale pozostała trójka nadrobiła z nawiązką. Przyznam że nie spodziewałem się takiej dawki energii ze strony Van Der Graafów.
Na bis Hammill i spółka zagrali tytułowy utwór ze swojego najpopularniejszego longplaya - "Still Life". Tylko jeden, przez co pozostawili pewien niedosyt ale to nawet dobrze po tak intensywnym i znakomitym występie.
Podczas tego koncertu zostałem przeniesiony do początku lat 70. Muzycznie. Zwłaszcza kakofonia i wirujący fortepian z "Man - Erg" zabrzmiały jakby były przeniesione z "Pawn Hearts". Będąc absolutnie szczerym nie nastawiałem się na wielkie fajerwerki (mimo iż nie podarowałbym sobie nie zjawienia się w Bydgoszczy). Minie wiele lat zanim Polska dorówna Zachodowi ale dzięki tak "małym" rzeczom jaką był występ Van Der Graaf Generator można mieć nadzieję na przyszłość.
P.S. Polecam bar Full mieszczący się zaraz przy wyjściu z bydgoskiego dworca głównego(a w nim Big Full i shake'a).
"...Całość otwiera krótkie, akustyczne wprowadzenie "Us", w którym kryje się pewna mistyczność. Jest tu też charakterystyczne ciepło, które może kojarzyć się z dawnym Collage. "Acronym Love" to melancholijna kompozycja, co jest zasługą idealnie zgranych ze sobą wokalu i fortepianu a przepiękna, gitarowa solówka, wyraźnie w stylu Steve'a Rothery, dopełnia reszty. "Dna ts. Rednum or F. Raf" prezentuje już inne oblicze grupy. Utwór jest połączeniem wschodnich brzmień, elektroniki oraz psychodelii co czyni go mocno transowym a bondopodobny motyw robi z niego dość "zakręcone" nagranie...."
Czytaj więcej