Crematory "Klagebilder" (2006)
(Massacre Records)
|
|

|
1. Klagebilder
2. Die Abrechnung
3. Hoffnungen
4. Kein Liebeslied
5. Kaltes Feuer
6. Der Morgen Danach
7. Warum
8. Höllenbrand
9. Nie Wieder
10. Ein Leben Lang
11. Der Nächste
12. Das Lletzte Mal
13. Spiegel Meiner Seele
|
Mam wrażenie, że prędzej Romuś Giertych przyzna się do żydowskich korzeni powodujących u niego ciągoty homoseksualne niż Crematory zmieni cokolwiek w swojej muzyce. Nie jest to, broń Szatanie, żaden zarzut, gdyż zawsze murem będę stał za zespołami posiadającymi swój niepowtarzalny styl, choćby był on siermiężny jak tok myślowy przeciętnego wyborcy Ligi Polskich Rodzin. Istnieje jednak delikatna różnica pomiędzy konsekwencją w sztuce prezentowaną chociażby przez Opeth czy My Dying Bride a kolejnymi dziełami naszych ulubionych zachodnich sąsiadów. Z grubsza polega ona na tym, że przyznanie się do słuchania Opeth nie wywołuje u odbiorcy dziwnego uśmiechu na twarzy i zapytania czy w kolekcji mamy również całą dyskografię Antosia Szprychy. Ja - proszę docenić moją odwagę - przyznaję: tak, słucham Crematory, choć czynię to z pewną dozą nieśmiałości. Nic bowiem nie pozwala mi się tak znakomicie zrelaksować i odmóżdżyć jak muzyka serwowana przez Niemców.
Dlatego właśnie niezmiernie mnie cieszy, gdy wychodzą na świat tak nieskomplikowane dziełka jak "Klagebilder". Muzyka to powielane od lat te same patenty, proste jak zostanie agentem SB w oczach Pana Premiera - duży gruby pan o grubym głosie growluje, chudszy mniejszy pan o chudszym głosie melodyjnie śpiewa, pani o aparycji NRD-owskiej sportsmenki robi klimat klawiszami, a w pakiecie otrzymujemy jeszcze dwóch wiosłujących namiętnie osobników (progresywny klon Stasia Soyki oraz Aragorn). Taki trochę nu-metal, tylko że zupełnie inny. Od jakiegoś czasu pojawiają się próby wplecenia w to wszystko elementów elektroniki, co ukazuje zespół jako jedyny na świecie potrafiący połączyć estetykę latino disco z death metalem. Taki miszmasz może nie powala ambicją, ale jest zaskakująco melodyjny i da się słuchać, a niektóre melodyjki siedzą w głowie nawet przez kilka minut.
Co bardzo ważne - na "Klagebilder" pewnym novum jest fakt wyśpiewania całej płyty w języku, którym dziadek Donalda Tuska porozumiewał się ze swoimi ziomami w Wermachcie. I przyznam szczerze, że uważam to za całkiem dobre posunięcie, gdyż mam jeszcze w pamięci popisy lingwistyczne grubego pana o grubym głosie, Felixa Stassa, które pozwalały mi na sentymentalny powrót myślami do postaci Herr Otto Flicka, gestapowca wszystkich gestapowców z niezapomnianego serialu "Allo, allo". Językiem Goethego (jakkolwiek udało mu się go zdobyć) szanowny wokalista włada jednak zdecydowanie lepiej.
|
Przejdźmy jednak do konkretów, czyli zawartości muzycznej najnowszego krążka Crematory. Zaczyna się całkiem obiecująco, zgrabnym i wpadającym w ucho industrialnym intro. Potem też jest nieźle - pierwsze dźwięki piosenki "Die Abrechnung" to ostra nawalanka, pozwalająca przypomnieć sobie, że w Crematory ciężki jest nie tylko wokalista, choć wrażenie psuje dość prymitywny i stworzony bez pomysłu refren. Kolejne utwory - "Hoffnungen" i "Kein Liebeslied" to skoczne, utrzymane na podobnym poziomie zgrabne wyrobnictwo. Najciekawszy na płycie "Kaltes Feuer" ma słodki elektroniczny początek, niestety zanikający po kilkunastu sekundach. I właściwie po piątej piosence ta płyta mogłaby się zakończyć - mam bowiem wrażenie jakby w tym momencie wyczerpały się pomysły. Każda kolejna piosenka wieje sztampą, nie pomagają ładne zaśpiewy chudszego pana o chudszym głosie, Mathiasa Hechlera, skoro melodie są wymuszone niczym zagraniczne wystąpienia Prezydenta IV RP. Obrazu nędzy i rozpaczy (raz jeszcze podkreślam - nie od początku) dopełnia ostatni "Spiegel meine Seele", balladka wylukrowana tak, że powstydziłby jej się szóstoligowy cukiernik.
Minialbum Crematory pewnie bym i pochwalił. Fakt, że muzyka jest nawet bardziej kiczowata niż nazwa zespołu można przeboleć - w końcu muzyka, nawet ta z cięższej półki, niekoniecznie musi wywoływać u odbiorcy chęć głębszych refleksji nad fenomenologią Hegla. Ale ile można słuchać piosenek niemal takich samych, identycznie się rozpoczynających i kończących, powstałych dzięki sprawnemu opanowaniu funkcji "kopiuj-wklej"? No, chyba że wychodzi się z założenia, iż produkcja płyt opiera się na tej samej zasadzie co promocje w Tesco. Jeśli tak, to z góry przepraszam za nieuzasadnioną krytykę.
Ocena: 4.99 / 10
|
Tomasz "Trollking" Zdulski trollking(at)interia.pl
|
|
|