Taboo
Katatonia - Night Is The New DayGorgisheli 'Amore'Hedningarna 'Kaksi'Riverside '02 Panic Room' (singel)Animations 'Animations' CETI '(…) perfecto mundo (…)'Machine Head 'The Blackening' Division by Zero 'Tyranny of Therapy' Da Capo Players 'The String Quartet Tribute to Dream Theater'Luminous Flesh Giants 'Duma i Upadek'Pure Reason Revolution 'The Dark Third'Pride Of Lions 'The Roaring Of Dreams'Crematory 'Klagebilder'The Racounters 'Broken Boy Soldiers'Discanto 'Zodiac' pt. 1Lenny Valentino 'Uwaga! Jedzie tramwaj'
Menu Glowne
   Strona główna
   Redakcja
   Księga gości
f
Artykuly
  WSZYSTKIE
(411)

  MUZYKA
(359)
     Publicystyka(24)
     Recenzje(277)
     Relacje(49)
     Wywiady(9)

  LITERATURA
(20)
     Proza(1)
     Publicystyka(1)
     Recenzje(18)

  PUBLICYSTYKA
(7)
     Felietony(7)

  FILM
(19)
     Publicystyka(5)
     Recenzje(14)

  GALERIA
(6)
     Galerie(4)
     Publicystyka(2)
 


Linkownia


COOL SITE - konkurs www na najlepszą stronę internetową

Katalog Gwiazdor

Strona wyróżniona przez Katalog Ciekawych Stron






Roger Waters (Berlin, Kindl-Buehne Wuhlheide, 8 czerwca 2006)

"Zaćmienie"

Wydawało się, że "In The Flesh" pozostanie ostatnią trasą koncertową w karierze Rogera Watersa. Rok temu zdumił on jednak wszystkich godząc się na wystąpienie z Pink Floyd podczas "Live 8" (2 lipca 2005). Zaczęło się odtąd wiele mówić o reaktywacji grupy w oryginalnym składzie i o specjalnej trasie koncertowej. Wszystko jednak okazało się grubo przesadzone. Paradoksalnie wyszło na to, że tym razem to David Gilmour jest najmniej zainteresowany wspólnym muzykowaniem. Roger powiedział, że do ponownego występu Pink Floyd z nim w składzie może dojść tylko przy specjalnej okazji, jaką było np. "Live 8". Muzycy odrzucili więc propozycję trasy koncertowej po Stanach, choć oferowano im za to bajońską sumę kilkuset milionów dolarów (mówiło się nawet o ponad 300 mln USD).

Informacja o solowej trasie Rogera była dla mnie niemałym szokiem. Zwłaszcza gdy dowiedziałem się, że podczas występów ma wykonywać "The Dark Side Of The Moon" w całości. Do tej pory Waters lubował się w swoim ukochanym "dziecku" jakim jest "The Wall". A "Dark Side..." stało się "daniem głównym" występów Pink Floyd bez Rogera podczas ich ostatniej trasy - "PULSE", uwieńczonej zresztą płytą koncertową i kasetą video (obecnie już na DVD) z zapisem koncertu. Ale cóż, już występ w Hyde Parku pokazał, że nie ma rzeczy niemożliwych, więc... Postanowiłem, że nie ma takiej możliwości bym nie pojawił się teraz na jego koncercie, zwłaszcza że nie mogłem sobie odżałować nieobecności na jego występie w Warszawie podczas "In The Flesh". Sąsiedztwo z Niemcami ma w tym przypadku ogromne zalety. Bo Polskę wielcy artyści raczej omijają, a Deutschland wiadomo - uberalles... Ucieszyłem się tym bardziej, gdy okazało się, że spektakl odbędzie się w berlińskim amfiteatrze w Wuhlheide. To miejsce było mi znane, gdyż ledwie dziewięć miesięcy wcześniej spędziłem tam najpiękniejszą noc życia podczas występu The Cure.

Bilet zakupiłem poprzez znaną w Polsce firmę załatwiającą wejściówki na koncerty. O ile z ubiegłorocznego zamówienia (na Cure) byłem bardzo zadowolony, to tym razem pośrednik okazał się bardzo niekompetentny. Przy bilecie na stronie internetowej widniała kwota 269 zł plus koszty przesyłki. Gdy złożyłem takie zamówienie przysłano mi nr konta i zamówienia na kwotę... 289 zł + przesyłka. Po chamsku podnieśli cenę o dwie dychy i mimo moich e-maili z pytaniem o tę kwestię - milczeli z uzasadnieniem. Normalnie olałbym to wszystko, ale do występu zostały niespełna dwa miesiące i znalezienie innego sprzedawcy byłoby już niezwykle trudne. Pomyślałem: "pieprzyć to, przełknę złość dla Rogera!". Bo naprawdę nie chodziło mi tu o te zasrane dwie dychy, tylko o kurewskie zachowanie firmy pośredniczącej. Ale taki to mamy kraj i takich ludzi. Na karcie wstępu widniała cena 63,10 Euro, czyli ok. 250 PLN. Widać narzucili sobie niezłą marżę. W dodatku facet, który się tym zajmował nie wiedział, że koncertowy bilet zapewnia przejazdy berlińską komunikacją miejską przed i po koncercie. Mimo, że do niego pisałem w tej sprawie - nie pofatygował się by to sprawdzić. A to istotna informacja dla ludzi spoza Niemiec, którzy niekoniecznie "sprechen deutsch".

Ale do rzeczy. Występ odbył się 8 czerwca, czyli... dzień przed inauguracją Mistrzostw Świata w piłce nożnej (oczywiście odbywających się w Niemczech). Tradycyjnie granicę przekroczyłem w Słubicach, gdzie most był wypełniony samochodami odzianymi w barwy biało-czerwone. Przechodząc do Frankfurtu pieszo nie było jednak żadnych problemów z kolejkami. Podróż do Berlina odbyła się bez żadnych przygód, więc gdy dotarłem pod bramę amfiteatru, nieco ponad dwie godziny przed jej otwarciem, była tam w zasadzie garstka ludzi. Z minuty na minutę dochodziło coraz więcej osób. A rozpiętość wieku - ogromna. Od nastolatków po emerytów. Fajnie było widzieć wielu dziadków z długimi siwymi włosami w koszulkach Floydów... Wpuszczać zaczęli nas na godzinę przed występem - planowanym na 19.30. Jako, że nie istnieje tu podział na sektory - należało odbyć sprint pod samą scenę. Na szczęście byłem na tyle zmotywowany, że dotarłem do celu w czołówce, a nagrodą było miejsce przy samych barierkach! Udało się! Teraz pozostało oczekiwanie, umilone pogawędką z sympatycznym Kanadyjczykiem (kalecząc angielski) i Niemcem (kalecząc niemiecki). Na szczęście w pobliżu była też grupa rodaków, z którymi już nie miałem problemów komunikacyjnych. I czas zleciał nad wyraz szybko. Dzięki Bogu nie było przewidzianych żadnych supportów, których nie znoszę. Warto dodać, że kameralny amfiteatr został (specjalnie na ten koncert) otoczony dodatkowymi głośnikami. Dźwięki nie płynęły więc tradycyjnie tylko ze sceny, ale widzowie byli w centrum muzyki - ogarniającej z każdej strony. Robiło to niesamowite wrażenie, zwłaszcza w trakcie wykonywania materiału z "Ciemnej Strony Księżyca".



Bohaterowie wieczoru wyszli z piętnastominutowym "poślizgiem". Wcześniej widownia żywo zareagowała na Jona Carina, który zjawił się na scenie podczas strojenia instrumentów. Ale o 19.45 wszystkie oczy skierowano na starego lidera Floydów. A otoczony był grupą wielu wspaniałych muzyków. Wspierało go aż trzech gitarzystów: Dave Kilminster, Snowy White i Andy Fairweatcher - Low. Do tego co jakiś czas gitarę brał w ręce saksofonista Ian Ritchie. Za bębnami siedział oczywiście Graham Broad, a klawiszowcami byli wspomniany Carin i... Harry Waters. Autora "The Wall" wokalnie wspierały trzy ciemnoskóre panie: Katie Kisson, PP Arnold i Carol Kenyon. Większość wykonawców jest już znana fanom ze współpracy z Rogerem. Zarówno z jego płyt solowych, jak i występów na scenie - choćby z trasy "In The Flesh".

Jeśli miałbym mówić o minusach tego koncertu Watersa, to był tylko jeden. Zbyt wczesna pora jego rozpoczęcia, przez co traciły trochę na jakości obrazy rzucane z projektora na ekran i efekty pirotechniczne. Ale i tak wszystko to robiło wrażenie. No i można było zobaczyć mistrza w blasku dnia. Na początek zagrano - co oczywiste - "In The Flesh!". Przy wejściu perkusji nastąpiła eksplozja (podobna do tej z filmu "The Wall"), no i się zaczęło. Finał utworu zwieńczył rząd wulkanicznych sztucznych ogni z krawędzi sceny. Po tak mocnym otwarciu wszyscy byli zachwyceni. Ale prawdziwa ekstaza miała dopiero nadejść. Roger zamienił bas na gitarę akustyczną (co zresztą czynił wiele razy w trakcie występu) i usłyszeliśmy znajome pytanie: "Mother do you think they'll drop the bomb?". Tak, to utwór "Mother", gdzie tytułową bohaterkę wspaniale odegrała Katie Kisson. Początek więc iście "watersowski" - dwa kawałki ze "Ściany". Ale momentalnie nastrój się zmienił, bowiem Roger zabrał nas w podróż w psychodeliczne lata sześćdziesiąte. Na wielkim, prostokątnym ekranie pojawiły się zdjęcia chłopców z Pink Floyd (z tamtych czasów). I maestro zaprezentował nam swój pierwszy w karierze naprawdę wielki twór - "Set The Controls For The Heart Of The Sun" z albumu "A Saucerful Of Secrets" ('68). Oryginalna wersja, choć jest beznamiętna, brzmi wspaniale (bo właśnie o beznamiętność w niej chodzi). Ale koncertowa prezentacja to podniosłe, wręcz uroczyste przedsięwzięcie. I wrażenie robi równie wielkie. Oczarowany tłum za chwilę został obsypany prawdziwymi perłami - przepięknym zestawem z "Wish You Were Here". Najpierw mistrzowskie "Shine On You Crazy Diamond", podczas którego na ekranie pojawiły się fotografie Syda Barretta. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że dokładnie miesiąc później Syda nie będzie już z nami (koncert odbył się 8 czerwca, Barrett zmarł 7 lipca)... Zaraz po nim zaskoczenie - "Have A Cigar", jedyny utwór z longlplaya z 1975 roku, którego Waters nie grał podczas poprzedniej trasy koncertowej. A na żywo kawałek ten brzmi bardzo porywająco i przyjemnie. Naturalnie "Poczęstunek cygarem" przeszedł w "Wish You Were Here". Ten moment był jednym z najpiękniejszych tego wieczoru (chociaż, który to moment nie był piękny?!?, heh...). Moim zdaniem wersja koncertowa Watersa przebija nawet tę studyjną Floydów, gdyż wzbogacona jest o chóralne powtórzenie czterech ostatnich wersów utworu. A to naprawdę powoduje ciary na plecach. Dzisiaj "Shine On..." i "Wish You..." nabrały nowych znaczeń. Nie są już wyrazem tęsknoty za kimś kto się zmienił i odszedł w cień, tylko autentyczną tęsknotą za osobą, której już nigdy nie zobaczymy... Po tym secie znów przenieśliśmy się w czasie - do '83 roku. Przed mikrofonem ustawiono krzesło, na którym usiadł Roger. I na gitarce akustycznej zagrał dwie pieśni z jego ostatniej płyty z Pink Floyd - "The Final Cut". Wybór padł na urzekające "Southampton Dock" i "The Fletcher Memorial Home" (na albumie też są ze sobą połączone - tyle, że w odwrotnej kolejności). Mnie osobiście bardzo ucieszyły te dwa kawałki. Marzyłem, żeby usłyszeć na żywo chociaż jeden utwór z "Ostatniego cięcia" - wg mnie najbardziej niedocenianej płyty Floydów, a przecież tak ważnej, poruszającej i pięknej. Publiczność także dostrzegła i uszanowała ten podniosły moment. Przecież ów album dedykowany jest tacie Rogera, który zginął pod Anzio. Naprawdę były to wzruszające chwile... Po nich artysta powstał i zaprezentował dwa utwory solowe. Najpierw wspaniały "Perfect Sense" (obie części) z "Amused To Death". Tym razem wokalnie wspomogła go PP Arnold (znów rewelacyjny występ). Podczas utworu Roger chodził po scenie, prezentując się publiczności z każdej jej strony. Miły gest "dziadka". Ciekawostką jest, że w trakcie wykonywania "Perfect Sense" zza ekranu wyłonił się nadmuchany, kilkumetrowy astronauta i przeleciał przez całą szerokość by zniknąć z drugiej jego strony. A gdy instrumenty ucichły Waters wziął mikrofon do ręki, przeprosił, że nie mówi po niemiecku i w ojczystym języku opowiedział historię, która zainspirowała utwór "Leaving Beirut" (pewna historia z dzieciństwa). Kawałek ten powstał jednak dopiero w 2004 roku i nie ukazał się na żadnym z albumów. Dostępny był tylko w Internecie (na singlu wraz z "To Kill The Child" wydano go jedynie w Japonii). Tekst tego ponad dziesięciominutowego utworu, nie każdemu znany, ukazywał się na ekranie w formie komiksu z "chmurkami". Bardzo ciekawa rzecz. Pierwszą część występu zwieńczył song "Sheep" z "Animals". Trwający także ponad 10 minut, zagrany z wielką werwą finał "aktu pierwszego" porwał wszystkich. Kilkakrotnie w jego trakcie ze sceny wybuchały wielkie płomienie (jak z miotacza ognia) i utrzymywały się przez kilka dobrych sekund. Uwierzcie - stojąc w pierwszym rzędzie te płomienie na dłuższy czas byłby nie do zniesienia - piekielnie paliły w twarz i w oczy. Ponoć odczuwalne były na kilkanaście rzędów. Nawet muzycy na ten czas cofali się w głąb sceny. Perkusyjny koniec utworu wzbogacono pojedynczymi eksplozjami tych ogni. Po nim geniusz Pink Floyd zapowiedział krótką przerwę, po której wrócą z "The Dark Side Of The Moon". Nikt nie mógł się już tego doczekać i napięcie sięgało zenitu.



Kiedy muzycy zeszli ze sceny obsługa techniczna zaczęła działać. I w pewnym momencie wszyscy w amfiteatrze westchnęli głośnie: "Ooo...". Oto bowiem wielki prostokątny ekran został zdjęty, a za nim ukazał się ukryty... ekran okrągły - znany wszystkim z koncertów Pink Floyd. Wiedzieliśmy, że czekają nas niezwykłe chwile. I tak rzeczywiście było. Trudno opisać wszystko to, co działo się od tej chwili. Bicie serca zapowiedziało wejście muzyków. Kiedy "Speak To Me" przeszło w "Breathe (In The Air)" wszyscy "odpłynęli". Nie było Dave'a Gilmoura i Ricka Wrighta, więc Roger oddał wokal kolegom wspierającym - Kilminsterowi i Carinowi. Widać, że chłopaki ostro ćwiczyli ten kawałek, bo wyszedł im wspaniale. "On The Run" był tylko oczekiwaniem na "Time". I stało się! Najpierw ogarniające z każdej strony zegary ogłuszyły wszystkich. Wielkie oczekiwanie, narastające bębny i wreszcie kilkanaście tysięcy gardeł wykrzyczało: "Ticking away the moments that make up a dull day". Choć na płycie śpiewa to Gilmour, tym razem obowiązek wokalu przejął sam maestro Waters. Zabrzmiało inaczej, ale równie niesamowicie. A na ekranie pojawiły się bajeczne zegary. Koncert rozkręcił się do tego stopnia, że już nic nie byłoby w stanie powstrzymać zabawy (łącznie z huraganem i trzęsieniem ziemi). "Czas" dobiegł końca, pora więc na "Wielki Spektakl Na Niebie". I rzeczywiście był wielki, a publiczność - była w niebie. Pamiętną wokalizę Clare Torry wykonała tutaj trzecia z pań - Carol Kenyon. Przyznam bez bicia - dziewczyna ta była wspaniała. To dla mnie najlepsze wykonanie tego utworu od czasu studyjnej wersji Clare. Gdy Pink Floyd bez Watersa na "Delicate Sound Of Thunder" czy "PULSE" zapraszał do wykonania trzy wokalistki - zawsze odczuwałem niedosyt, że było gorzej niż w oryginale. Ale Carol spisała się perfekcyjnie. Nie wiem czy to nie kwestia bycia na żywo i związanych z tym emocji, ale po prostu byłem poruszony do głębi... Nim udało mi się pozbierać po "The Great Gig In The Sky" - otoczyło nas brzdąkanie starych kas fiskalnych i dźwięki uderzających monet. I najbardziej melodyjny riff basowy znany ludzkości. Tak, to "Money"! Utwór się rozwinął i wszyscy - odjazd! Ach, dla takich chwil warto żyć... Piękno kolejnego utworu z "Dark Side..." - "Us And Them" jest na żywo aż nadto widoczne (a raczej - słyszalne). Więc jeśli ktoś go nie kochał (są tacy?!), teraz na pewno już pokochał. Do tej pory przechodzą przeze mnie ciarki, jak przypomnę sobie wykonanie refrenów... Instrumentalny "Any Colour You Like" spełnił rolę przywrócenia niektórym świadomości (choćby mnie) i nastał mój ulubiony fragment "Ciemnej Strony..." czyli finał. To nierozłącznie związane ze sobą, dwa czysto "watersowskie" kawałki. Bo na płycie to jedyne, które od początku do końca śpiewa właśnie Roger. Obrazy wyświetlane na okrągłym ekranie robiły niesamowite wrażenie. Najpierw trójwymiarowe, "wciągające do środka" zdjęcia z przestrzeni kosmicznej, a później lecące kolorowe pigułki czy wirujący ludzki mózg. "Brian Damage" i "Eclipse"... Czy można byłoby wyobrazić sobie coś wspanialszego niż właśnie takie zakończenie tej wielkiej płyty??? Brakuje mi słów by opisać uczucia towarzyszące tej chwili na koncercie. Tam po prostu trzeba było być... Wszyscy muzycy wyszli do publiczności, chwycili się za ręce i ukłonili się. Na tę chwilę wyjąłem specjalnie przygotowaną polską flagę z napisem "C.U. IN POZNAŃ" ("do zobaczenia w Poznaniu"), co odnosiło się do mającej nastąpić miesiąc później światowej premiery scenicznej widowiska "Ca Ira". Roger spojrzał na mnie jakby ze zdziwieniem. Nie wiedziałem dlaczego. Może już wtedy wiedział, że spektakl został przełożony o blisko 2 miesiące (oficjalnie o zmianie terminu przedstawienia poinformowano nas ok. tydzień po berlińskim koncercie)? Co ciekawe pierwotna data premiery - 7 lipca okazała się pamiętną dla wszystkich fanów Pink Floyd, ze względu na wspomnianą przeze mnie wcześniej, śmierć Syda Barretta. A "Ca Irę" przełożono na koniec sierpnia.

Ale czyżby to miał być koniec koncertu? Nie, nie - to niemożliwe! Ależ jesteśmy chciwi! Dostaliśmy tyle wspaniałego materiału, a mimo to chcemy jeszcze... Bohaterowie ponownie wyszli na scenę, a Roger przedstawił nam skład muzyków. Największe owacje zebrały trzy panie wokalistki. Dziewczyny naprawdę zrobiły swoje. A my usłyszeliśmy śmigłowiec (znów efekt ogarniających nas głośników). I co dziwne zawierał też krzyk nauczyciela: "You, yes you!", co bardzo zirytowało Watersa, który po chwili sam to wykrzyczał w niekonwencjonalny sposób, by nikt nie pomyślał, że coś tu leci z playbacku. I znowu wszyscy w ekstazie. "The Happiest Days Of Our Lives" rozkręcał się coraz bardziej, a w jego końcowych chóralnych śpiewach: "Uuu..." nie słyszałem już własnych myśli, gdyż wszystkie istoty amfiteatru się wydzierały. I nastało - "Another Brick In The Wall, part 2". Tekstu piosenki nie będę przytaczał - wszyscy go znają. Najpierw śpiewał to sam Roger (z publicznością rzecz jasna), a w drugiej części dziecięcy chór zastąpiły dziewczyny z pozostałymi muzykami, podczas gdy Waters wyszedł ponownie do publiczności by zachęcić ją do jeszcze większego (o ile to możliwe?!?) zaangażowania. Cudownie, wspaniale, zajebiście, niesamowicie... Nie umiem tego określić, ale nigdy nie sądziłem, że ulubiony przebój będę mógł odśpiewać wraz z jego autorem. A finał "Another..." zwieńczyło jeszcze jedno wokalne powtórzenie całości - czego nie ma w oryginale. Po prostu orgazm...



Bis w zasadzie mógłby się na tym zakończyć. Ale Roger sprawił nam niespodziankę. Zaprezentował bowiem "zapomnianą" piosenkę z "The Wall" - "Vera". Któżby się tego spodziewał?! Chyba nikt... A zaraz po niej pamiętne "Bring The Boys Back Home", gdzie wraz z grupką innych fanów krzyczeliśmy: "Bring The Boys Back... Pink Floyd". Po koncercie przeczytałem pewną recenzję tego występu, w której autor sugerował, że jest to być może właśnie wołanie Watersa do kolegów z zespołu, by powrócili razem na scenę (byłoby pięknie...). Berliński występ został zamknięty chyba najlepszym utworem ze "Ściany" (jeśli z pistoletem przy skroni miałbym wybrać takowy) - "Comfortably Numb". I choć będę się upierał, że idealnie brzmi tylko wykonaniu Watersa wraz z Gilmourem (wykonanie PF bez Rogera również nie jest optymalne), to i tak było to najlepsze z możliwych zakończenie występu. Roger podziękował raz jeszcze, podziękował za przyjście("Thank you, thank you for coming") i odszedł za kulisy. To niestety był koniec. Nie chciało się wierzyć, że spędziliśmy razem ponad dwie i pół godziny grania. Ale piękne chwile zawsze szybko mijają.

Jak mogę ocenić występ z perspektywy czasu? Coś można jeszcze dodać? Hmm... To było naprawdę wielkie wydarzenie i wspaniałe przeżycie. Gdy dziś to wspominam, aż nie chce mi się wierzyć, że tam byłem. Że byłem tak blisko. Że wymieniłem z twórcą "The Wall" kilka spojrzeń. Roger Waters - dla mnie to nazwisko od zawsze brzmiało podniośle, a teraz jeszcze zyskało na wartości. Świetną pamiątką są zdjęcia, które udało mi się zrobić Rogerowi i wiele krótkich filmików nagranych aparatem cyfrowym. To one utwierdzają mnie, że ten występ w mojej świadomości - nie był snem... Czy czegoś zabrakło, jakichś konkretnych utworów? Może parę perełek z solowego dorobku artysty, choćby "Every Stranger's Eyes", "The Tide Is Turning" czy coś z "Amused To Death"... A może jakąś inną "floydową" niespodziankę, zaskakującą tak jak "Vera", np. "If"... Już po koncercie dowiedziałem się, że podczas inauguracji tej trasy Waters do setu z "Final Cut" dorzucił "The Gunner's Dream". Byłoby jeszcze piękniej... Ale narzekanie po tym co otrzymałem zasługiwałoby na porządnego kopa za chciwość. Nie narzekam więc i dziękuję za to co przeżyłem. Przecież nie można mieć wszystkiego... Wielkie dzięki, Rog!




Pablo
pablo.sulecin(at)interia.pl

Pokaz wszystkie teksty tego autora



Autor: Aneta Kubicka-Kohnke
(2010-02-19 20:16:15)

ip: 83.25.46.177
e-mail: vedicart-nauczyciel@wp.pl
www: http://vedic.pl

Też byłam na tym koncercie i do dzisiaj wspominam z rozrzewnieniem Rogera, ciepły wieczór, obłędną zieleń drzew w amfiteatrze, fantastyczny zapach. To był niezwykły koncert. Też stałam pod samą sceną i Roger był na wyciągnięcie ręki wraz ze swoją sympatyczną aurą. Niewiele kocertów wspominam tak mile. Ten był wyjątkowy. Gorąco pozdrawiam!



[ wstecz ]
.strona główna. .redakcja. .księga gości. .linkownia.
Katatonia - Night Is The New Day
Koncert dla Jasia (Kopanica, Klub Genewa, 16 listopada)
Gorgisheli "Amore"
Hedningarna "Kaksi"
Riverside (Wrocław, Od Zmierzchu do Świtu, 1 października 2007)
Riverside "02 Panic Room" (singel)
Wściekłe psy
Animations "Animations"
CETI "(…) perfecto mundo (…)"
Grzegorz Kupczyk (CETI) - wywiad
Machine Head "The Blackening"
Van Der Graaf Generator, Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 21 kwiecień 2007
Division by Zero "Tyranny of Therapy"
Da Capo Players "The String Quartet Tribute to Dream Theater"
Espido Freire "Zmrożone brzoskwinie"
Metal Marathon 3: Turbo, Chainsaw, Merry Pop Ins (Poznań, Zeppelin Hall, 5 kwietnia 2007)
Jesus Christ Superstar (Aula Zespołu Szkół Muzycznych, Poznań, 12 kwietnia 2007)
Luminous Flesh Giants "Duma i Upadek"
Muzyczne podsumowanie 2006 roku
Pain Of Salvation (Warszawa, Progresja, 20 lutego 2007)
Xandria 'Ravenheart'
  Xandria 'Ravenheart'

"...muzyka zespołu jest właściwie brzmieniową mozaiką takich popularnych ostatnio nazw jak Within Temptation, Nightwish, czy Evanescence i nic nowego do muzyki raczej nie wnosi. Ot, jeszcze jeden zespół bazujący na mrocznym, no i oczywiście tym "prawdziwie gotyckim" klimacie... Trzeba jednak bez ironii powiedzieć, że głos Lisy Schaphaus, wokalistki zespołu zasługuje na to, aby pochylić czoło..."
Czytaj więcej

  Ukulturalnianie przez f...
  Katatonia - Night Is Th...
  Świetliki i Linda "Las ...
  Świetliki i Linda "Las ...
  Świetliki i Linda "Las ...
  Świetliki i Linda "Las ...
  Nightwish "Once"
  Ukulturalnianie przez f...
  Ukulturalnianie przez f...
  Nightwish "Once"
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Stanley Kubrick
  Stephen King "Mroczna W...
  Ukulturalnianie przez f...
Wolsztyńska TopLista najlepszych stron www
Rockowa Top Lista
Admin


Wykorzystywanie materiałów zawartych w Taboo bez zgody autorów jest Z A B R O N I O N E
Webmaster: www.TomaszPacyna.net
(c) 1998-2008 Taboo Staff