Taboo
Katatonia - Night Is The New DayGorgisheli 'Amore'Hedningarna 'Kaksi'Riverside '02 Panic Room' (singel)Animations 'Animations' CETI '(…) perfecto mundo (…)'Machine Head 'The Blackening' Division by Zero 'Tyranny of Therapy' Da Capo Players 'The String Quartet Tribute to Dream Theater'Luminous Flesh Giants 'Duma i Upadek'Pure Reason Revolution 'The Dark Third'Pride Of Lions 'The Roaring Of Dreams'Crematory 'Klagebilder'The Racounters 'Broken Boy Soldiers'Discanto 'Zodiac' pt. 1Lenny Valentino 'Uwaga! Jedzie tramwaj'
Menu Glowne
   Strona główna
   Redakcja
   Księga gości
f
Artykuly
  WSZYSTKIE
(411)

  MUZYKA
(359)
     Publicystyka(24)
     Recenzje(277)
     Relacje(49)
     Wywiady(9)

  LITERATURA
(20)
     Proza(1)
     Publicystyka(1)
     Recenzje(18)

  PUBLICYSTYKA
(7)
     Felietony(7)

  FILM
(19)
     Publicystyka(5)
     Recenzje(14)

  GALERIA
(6)
     Galerie(4)
     Publicystyka(2)
 


Linkownia


COOL SITE - konkurs www na najlepszą stronę internetową

Katalog Gwiazdor

Strona wyróżniona przez Katalog Ciekawych Stron






Muzyczne podsumowanie 2005 roku

Tradycyjnie z - równie tradycyjnym - niemałym opóźnieniem zapraszamy do zapoznania się z naszymi luźnymi uwagami na temat muzycznej zawartości roku 2005. Roku, w którym dobra muzyka była potrzebna szczególnie, jże postępująca klerykalizacja kraju była wyjątkowo agresywna (żeby wspomnieć chociażby miesięczny paraliż kraju z powodu śmierci JP2, a później ptasią grypę i bliźniaczy rydzykowy pisuar, który szaleje do dziś). Źle się działo, ale dobra muzyka - której moim zdaniem w 2005 roku nie zabrakło - pomogła przetrwać owe ciężkie chwile w izolacyjnej krypcie.

W pierwszej części podsumowania znajdziecie wypowiedzi członków redakcji, zaś w drugiej opinie zaproszonych do dyskusji gości. Specjalne podziękowania należą się Łukaszowi Mińczykowskiemu, za duży wkład w skompletowaniu materiałów do tegoż tekstu - dzięki stary! Ok, let's rock!

TOMASZ PACYNA:

Jak już wspomniałem, rok 2005 przyniósł mi sporo dobrych płyt. Jednak, jako, że w dobrym tonie jest najpierw trochę ponarzekać, co by odegrać rolę zgorzkniałego i fulprofeszynal, redaktora, powiem na początku o swoich rozczarowaniach. Dużą przykrość sprawił mi nowy album Sigur Ros - ta niezwykła magia, słyszalna wcześniej - bezpowrotnie się ulotniła. Wyparowało swoiste muzyczne "wizjonerstwo", ale... umarł Król niech żyje Król! Pojawił się bowiem Hammock! (ale o tym za chwilę)... Rozczarował także nowy Antimatter. "Planetary Confinement" to ledwie cień wielkich wydawnictw, które poruszały kilka lat wcześniej. Podobnie jak chyba jednak Porcupine Tree. Steven Wilson zagubił się nieco w swojej wędrówce na "Deadwing", ale ja ciągle w niego wierzę, i wiem, że jeszcze nas mile zaskoczy. Było też kilka mniejszych muzycznych smutków - a to dlatego, że i oczekiwania były mniejsze, ale kilka łez w poduszkę i tak musiałem uronić. Stało się to po nowych eLPekach The Doves, Mercury Rev, I Am Kloot czy Colder.

Nie chcę robić z siebie jakiegoś tam nawiedzonego fanatyka, przesiąkniętego poczuciem muzycznego mesjanizmu, jednak w Taboo przyświeca mi coraz bardziej jeden główny cel. Chcę skupić się nieco bardziej na wykonawcach (i zjawiskach) z cienia mainstreamu, lub tych, o których dzisiejszy świat już zapomniał - chcę rzucić na nie trochę światła i przybliżyć czasem naprawdę doskonałą muzykę, która na to zasługuje. W tym roku mam tym większe poczucie pisarskiego spełnienia, gdyż wiem, że kilka moich odkryć (bądź retrospektywnych przybliżeń) dało i innym sporo muzycznej satysfakcji. No i o to właśnie chodzi. Jeszcze może choć jedno zdanie na temat naszej sceny muzycznej. Nowe płyty Riverside i Pati Yang pozwalają wierzyć w to, że można nagrać album bez "polskich kompleksów". Trzymam także kciuki za płytę Snowmana - i chyba nie tylko ja. No ale czas zacząć podsumowanie.

Gdybym nie ograniczył się do tylko do nowego materiału, bez wątpienia płytą roku zostałby album Slowdive "Catch The Breeze", a takim sposobem dziesiątka prezentuje się następująco:

1. Piano Magic "Disaffected"

To naprawdę niesamowite. Ponad rok miałem przyjemność recenzować wyborny album "The Troubled Sleep Of Piano Magic", który zresztą zajął silne miejsce w mojej "dziesiątce" najlepszych płyt 2004, a W kwietniu tego roku Piano Magic nagrywa kolejny, szósty już, album. I co? I okazuje się, że jest to płyta jeszcze lepsza! Nie będę się nawet starał ukryć, że PM to moi muzyczni faworyci, kibicuje im od dawna i jest dla mnie rzeczą niepojętą, że mimo nagrywania tak dobrych albumów - ciągle pozostają formacją stosunkowo nieznaną.

"Disaffected" przekonuje najbardziej swym wyważeniem i harmonią poszczególnych elementów składowych. Płyta jest bardzo równa, spójna i trwa dokładnie tyle ile powinna. Produkcja jest świetna, a brzmienie perfekcyjne. O ile, wspomniany "The Troubled Sleep Of Piano Magic" przytłaczał lodowatym i ponurym chłodem, nowa płyta to podróż w nieco jaśniejsze rejony. Ale nie spodziewajmy się tutaj słonecznych piosenek, to przecież ciągle Piano Magic, a więc jedyna w swoim rodzaju melancholia - piękna, tajemnicza, ciągle smutna i urzekająca. Wśród 10 utworów nie ma słabego punktu. To doskonałe studium egzystencjalnej klaustrofobii i alienacji. Nowy album jest tak bardzo udany z jeszcze jednego powodu.
Glen Johnson dokonał tu bowiem rzeczy, która jeszcze niedawno wydawała mi się niemożliwa. Otóż, udało mu się zachować wszystko to, co najcenniejsze w muzyce zespołu, a do tego nagrać naprawdę piosenkowy, przebojowy album! To płyta od której aż się prosi zacząć przygodę z Piano Magic. Takim wymarzony "A guide to...". Taki zabieg udaje się naprawdę niewielu.

Pełna recenzja tutaj.

2. Hammock "Kenotic"

Dla takich dźwięków warto ciągle poszukiwać, poznawać i eksplorować muzyczne tereny. Warto przebijać się przez tony muzycznego chłamu. Wyławianie takich płyt i ich odbiór przez co wrażliwszych odbiorców muzyki, utwierdza mnie w przekonaniu, że warto dalej to robić. "Kenotic" to taki prawdziwy dźwiękowy diament. To definicja piękna. To kolejny przykład na to, jak ważnym i wpływowym zjawiskiem w muzyce był (jest) shoegazer, jego wpływy przeplatają się tutaj z wysublimowanymi influencjami z pogranicza post-rocka i ambientu. Ta mieszanka daje olśniewający efekt. To 70 minut delikatnej i melancholijnej muzyki, która czaruje swoim klimatem. To wyborne, inteligentne, zrealizowane z dużym polotem, czerpanie z najbardziej klimatycznych muzycznych źródeł. Jest tu zatem dreampop i shoegaze (znów te echa Slowdive, czy znacznie nowszej grupy Early Day Miners), ale i kropla 4AD (Nooten/Brook...), jak i coś z The Cure z "Lost Wishes". Mamy więc bogatą muzyczną fakturę, świetnie zagospodarowaną i zaaranżowaną przestrzeń. Są przelewające się gitary, ulotne, urocze melodie, rezonujące dźwiękowe warstwy, łagodne szumy w tle, schowane skrzypce, podkreślające szlachetny smutek tej muzyki, Jest i ambient. Instrumentalne, leniwe, ulotne, płynące fragmenty, klawiszowe pajzaże w tle, nałożone na to płaczliwe gitary, okraszone pogłosami. Jest i post-rock. Ale znów nie tej męczący i pusty, ale bardziej ambitny, uduchowiony, emocjonalny. A jeśli komuś mało, to wspaniałym dodatkiem do albumu jest EPka "Stranded Under Endless Sky" - chyba jeszcze bardziej ambientowa i oniryczna…

Pełna recenzja tutaj.

3. A Covenant of Thorns "If The Heavens Should Fall"

Miłe zaskoczenie z USA. "If The Heavens Should Fall" to drugi album, praktycznie jednoosobowego projektu, za którym stoi Scott-David Allen. A Covenant Of Thorns - kompletnie nieznany u nas zespół - to nie lada gratka dla fanów chłodniejszych brzmień z lat osiemdziesiątych. Ale nie tych zimnofalowych, a tych bardziej elektronicznych i syntetycznych. ACOT zaczyna się więc tam, gdzie łagodniejszy Gary Numan spotyka najbardziej melancholijne wcielenie Depeche Mode i razem podążają w stronę wczesnego Clan Of Xymox. Na "If The Heavens..." nie znajdziemy żadnych topornych syntezatorów, kłującej, twardej "beatowej" perkusji, ani przewidywalnej i szytej grubymi nićmi depeszowej kalki. To spojrzenie na ową europejską scenę muzyczną z lat 80-tych z pewnego dystansu. Dystans ten zapewnia już na wstępie fakt, że A Covenant Of Thorns pochodzi ze Stanów Zjednoczonych (kraju, w którym ciężko sobie nawet wyobrazić zainteresowanie taką muzyką). Inteligentna, melancholijna muzyka z doskonałymi melodiami.

Pełna recenzja tutaj.

4. Kent "Du & Jag Döden"

Publiczne przyznanie się do tego faktu, że od czasu do czasu lubi się posłuchać po prostu ładnych, melodyjnych piosenek to dla wielu rzecz niełatwa. Ściągnięcie tej twardej skorupy zbudowanej na przykład z dronowych, odpychających czy "pierdzących" WARPowych dźwięków jest dla niektórych tożsame z jakimś duchowym ekshibicjonizmem. Ale prawda jest taka, że owy snob, choćby nie wiem na jakie magiczne artefakty się zaklinał, gdy już wyjdą od niego znajomi i zgasną reflektory publicznego osądu, włączy sobie płytę z "ładnymi melodiami" - tak dla higieny umysłu, żeby nie zwariować. Gdy więc ostatnio na horyzoncie swych muzycznych oczekiwań potrzebuje wspomnianych "ładnych melodii" sięgam po album Kent "Du & Jag Döden", co w tłumaczeniu na polski znaczy "Ty i Ja Śmierć".

Kent to grupa raczej słabo w Polsce znana, mimo, że zaczynała grać już na początku lat 90-tych. Głównym powód tego stanu rzeczy jest prosty - Joakim Berg - wokalista Kent - śpiewa w swoim ojczystym szwedzkim języku. A że grają oni po prostu rockowe "piosenki", w których padają konwencjonalne słowa, nie przejdzie u nich już patent kolegów z Sigur Ros, gdzie wokal odgrywał praktycznie rolę dodatkowego instrumentu. No, ale mniejsza z tym, "Du & Jag Döden" to wysyp doskonałych, melodyjnych piosenek w duchu U2, Coldplay, The Cure, czy A-Ha, a i coś ze wspomnianego Sigur Ros się znajdzie. Świetna, lekka płyta, choć z obowiązkową dawką melancholii i smutku.

5. Malory "The Third Face"

Malory to chyba najbardziej zbliżona dźwiękowo grupa (z tych aktualnie grających) do kultowych melancholików ze Slowdive. I z jednej strony ktoś może zarzucić im brak oryginalności, ale z drugiej, proszę mi powiedzieć, kto tak dzisiaj gra? Prawie nikt, dlatego Niemcy tak bardzo wyróżniają się na dzisiejszej muzycznej mapie. Ale to, co napisałem, nie oddaje całej prawdy. Malory z niemałym bowiem wdziękiem dodają do tego zacnego dziedzictwa sporo swoich własnych pierwiastków oddalając się od pierwotnego źródła. Nagrali naprawdę bardzo dobry album, utrzymany w przeszłości, ale brzmiący nad wyraz świeżo. Sporo tu muzycznej lekkości i polotu. Elektronika, która świetnie współgra z gitarami, sporo "powietrza", a wszystko zabarwione "kosmiczną" przestrzenią!

Pełna recenzja tutaj.

6. Robin Guthrie & Harold Budd "Mysterious Skin"

Ta muzyczna kolaboracja (nie pierwsza zresztą) pomiędzy legendarny kompozytorem i gitarzystą Cocteau Twins przyniosła niezwykle nastrojowy efekt. "Mysterious Skin" to tak jakby "Kenotic part II". Zdecydowanie najbardziej ambientowa płyta z mojej dziesiątki. To taka leniwie płynąca, ale ujmująca muzyka. Świetne połączenie minimalistycznego, melancholijnego pianina Harolda Budda z onirycznymi gitarowymi pasażami Guthriego i masą reverbów. Cóż z tego, że jest to soundtrack do filmu Gregga Araki, skoro muzyka żyje tutaj samodzielnie. Nie widziałem tego obrazu i wcale nie jest mi to do szczęścia specjalnie potrzebne - dźwięki bronią się same.

7. God Is An Astronaut "All Is Violent, All Is Bright"

Kolejne moje odkrycie, mimo, że to wcale nie debiut. God Is An Astronaut to trio z Dublina, ale muzyczne skojarzenia, które nasuwają się podczas ich słuchania to wcale nie Irlandia, a Islandia. No bo czyż taki otwierający album "Fragile" nie brzmi jak te najbardziej kruche, delikatne, piękne i "powłóczyste" kawałki Sigur Ros? Oczywiście, że tak. Ale mimo tej analogii, nie byłbym taki śmiały co do wkładania God Is An Astronaut do szufladki z napisem post-rock. Ich muzyka jest bowiem bardziej soczysta, zróżnicowana i pozbawiona charakterystycznej pustki niż dokonania Mono, Explosions in the Sky czy nawet Mogwai. Nie czuć w niej także owej "akustycznej" chropowatości, którą owi post-rockowcy tak często (świadomie czy nieświadomie) epatują. Mamy tu za to elektroniczne smaczki i znacznie bardziej różnorodne i dopracowane aranżacje.

Pełna recenzja tutaj.

8. Coldplay "X&Y"

Coldplay w roku 2005 brzmi już nieco inaczej, niż pół dekady wcześniej (ah, ten doskonały debiut "Parachutes"). Aranżacje są bardziej skomplikowane, nawarstwione i różnorodne. Instrumentarium bogatsze, a gitary mocniejsze. Nie zmienił się jednak wokal, chyba, że na lepsze. Chris Martin jest bowiem w coraz lepszej formie. Melodyjny, czysty (czasem charakterystycznie "nosowy") i melancholijny głos urzeka i "ratuje" nawet te słabsze kompozycje. Ten liryczny głos Martina dodaje na pewno wiarygodności śpiewanym przez niego wersom. Choć niektórych może czasem ta maniera Martina do zbytniego "wokalnego wyciągania" drażnić. Wracając do brzmienia, interesującą nowością na "X&Y" jest wprowadzenie do niektórych utworów "chłodnych", zimnofalowych klawiszy (kłania się wczesne The Cure czy Danse Society), gdzieniegdzie pojawiają się także lekko nowofalowe gitarki.

9. Depeche Mode "Playing The Angel"

Powiem krótko. Depesze dali radę. Nie nagrali może arcydzieła, ale wcale bym się nie obraził, gdyby więcej albumów było "tylko" na takim poziomie. "Playing The Angel" to całkiem niezła płyta i stawiam ją w zbiorze tych bardziej udanych dokonań Brytyjczyków. Nowa płyta pokazuje, że panowie starzeją się godnie i jeszcze nie całkiem starają się odcinać kupony, od swych wcześniejszych dokonań - choć nie w pełni im to już wychodzi. Jestem bliski opinii, że "Playing..." to, mimo wszystko, próba wydobycia czegoś nowego ze starej, ogranej depeszowej estetyki. To taki jakby muzyczny recykling (sporo to auto-zapożyczeń), przefiltrowany nieco przez nowsze brzmienia, dający jednak w efekcie bilans dodatni. A "The Darkest Star" to jeden z najlepszych utworów 2005!

Pełna recenzja tutaj.

10. New Order "Waiting For The Sirens' Call"

Solidny krążek. Długo kazali nam czekać na swój nowy materiał, ale przecież nigdy nie nagrywali specjalnie dużo. Od ostatniej płyty - bardzo dobrej "Get Ready" - upłynęły 4 lata. Pierwsze przesłuchania nowego albumu wywołało uczucie rozczarowania, ale do tego też byłem już przyzwyczajony. Jeśli chodzi o New Order, ich płyty zawsze na początku wydają mi się słabe, a więc paradoksalnie był to syndrom mówiący, że wszystko jest w najlepszym porządku. I okazało się to prawdą. Z każdym kolejnym podejściem płyta coraz bardziej mnie "chwytała" i uzależniała od siebie. Był okres, że musiałem ją zapuścić przynajmniej raz dziennie. Myślę, że teraz mogę jednak podjąć się już nieco bardziej chłodnej oceny. Z pewnością najnowszy album nie przebił świetnego "Get Ready", nie mniej jest to materiał bardzo solidny, którego słucha się z przyjemnością. Tradycyjnie mamy tu te "melodyjnie niemelodyjne" piosenki, fajne gitarki, charakterystyczny basik, a wszystko okraszone tymi "wesoło-smutnymi" wokalami.

Pełna recenzja tutaj.

LESZEK ŻABIŃSKI:

W 2005 roku spędziłem mnóstwo czasu na przerabianiu materiału Dead Can Dance przed tmarcowym koncertem, tak jakby kilkukrotne przesłuchanie kilkunastu płyt miało mi w jakiś wyjątkowy sposób pomóc przygotować się do wydarzenia. Na szczęście udało mi się nie zepsuć sobie tego wyjątkowego przeżycia. W 2005 roku nie przygotowywałem się prawie w ogóle do wiosennego koncertu Porcupine Tree, bo też i nie było do czego. Tragicznie nagłośniona i odbębniona przez Stevena Wilsona pańszczyzna potwierdziła jedynie dewaluację formy koncertowej zespołu, który najwyraźniej występuje za dużo. Bez jakiegokolwiek przygotowania pojechałem na występ Scorna i wywiad z Mickiem Harrisem, co okazało się koncepcją słuszną, bo i występ i rozmowę na podstawie przygotowanych naprędce przy barowym stoliku kilku ramowych pytań (wraz z kolegą Radosławem), uznać mogę za sukces. W tak zwanym międzyczasie zajmowałem się różnymi rzeczami, wśród których słuchanie muzyki miało oczywiście swoje miejsce. Na przykład okres maniakalnego testowania różnic pomiędzy brzmieniem płyt winylowych a kompaktów. Słuchanie w kółko tych samych nagrań raz z tego, a raz tamtego nośnika miało swój przyjemny smaczek (bo i materiał testowy był zacny), ale nie doprowadziło mnie do jakichś jednoznacznych konkluzji. Niewiele zeszłorocznych nowości trafiło w tym czasie do mojej gawry, a większość tych która trafiła zniechęcała do poznawania innych. Przytoczę może choć kilka, które odcisnęły choćby niewielkie piętno na mojej pamięci.

Porcupine Tree "Deadwing"

Miejmy to już za sobą. Pierwsze wrażenie piorunujące. Po chwili przychodzi znużenie. Dobrze, że Wilson postawił swoich chłopaków do pionu i już mu Edwin nie struga jakichś idiotycznych pochodów basowych w piosenkach, a bębniarz wali w te swoje kotły zgodnie z receptą wystawioną przez doktora Stefana. Tyle że gdzieś ten Porcupine mi się klimatycznie rozjeżdża. Już mi trochę obrzydła ostra, gitarowa strona muzycznych poszukiwań pana z ziemi niczyjej. Wygląda to niczym gustownie wypomadowany wąsik a la Poirot pod nosem Charlize Theron. Trzy dobre utwory. "Lazarus" to taka typowa, melancholijna, zaprawiona szczyptą refleksji wilsoniana, jakże piękna. "Mellotron Scratch" to symfonia chórków z drobną porcją igiełek na karku za sprawą rolowanej na werblach i prowadzonej delikatnym gitarowym śpiewem końcówki. No i paradoksalnie "Open Car". Paradoksalnie, bo to jeden z tych z wykopem i przytupem, ale niech mnie drzwi ścisną, ma w sobie solidny ładunek mocy. Reszta waha się pomiędzy genialnością, a niesmakiem. Bo chętnie mianowałbym np. obydwie płytowe epopeje ("Deadwing" i "Arriving Somwhere..."), ale są w nich momenty, które mnie zwyczajnie słabią i psują całą przyjemność odbioru. Zmiany, panie Wilson, zmiany!

Pełna recenzja tutaj.

Ulver "Blood Inside"

Jest to płyta, której do dziś nie potrafię do końca rozgryźć i przetrawić, ale nieodmiennie coś mnie w jej kierunku ciągnie, kusi i nęci. Za trudna, zbyt wymagająca, nie dla mnie - łatwo powiedzieć. Inna niż wszystkie - banał. To cytaty z jazzowych standardów i Bacha, elementy King Crimson, Genesis, Van Der Graff Generator pomazane brudem, uwalane błotem i skąpane we krwi w produkcji z kosmosu odległego od czegokolwiek o miliard miliardów wszystkiego. Jestem na to za mały, za słaby i za wolny. Jedno jest pewne, jak już kiedyś dorosnę do tej płyty to albo się na nią wyrzygam, albo zrobię sobie z niej ołtarzyk. Możliwości pośrednich brak.

Biosphere "Dropsonde"

Ten materiał, który recenzowałem już na łamach Taboo, zdecydowanie zyskuje z czasem. A tymczasem, już w 2006 roku, zdążył się on nieco rozróść w wersji kompaktowej. Zyskał kilka, całkiem niezłych, kompozycji, więc entuzjastom nośników cyfrowych polecam tę płytę, którą można już nabyć ze znaczkiem "(c)2006".

Pełna recenzja tutaj.

Dead Can Dance "DCD 2005, 10th March, Ireland: Dublin"

Niektóre z zeszłorocznych koncertów Dead Can Dance doczekały się bardzo przyzwoitej rejestracji i można je było później nabyć w ograniczonych nakładach w formie albumów podwójnych. Mój wybór padł na otwierający trasę europejską koncert w Dublinie. Jakość rejestracji naprawdę wysokiej klasy, biorąc pod uwagę krótki okres obróbki studyjnej (ten album rozsyłano do nabywców już w czerwcu). A sam koncert? Słychać, że jeszcze nie wszyscy są do końca zgrani, brakuje trochę dynamiki, zdarzyło się kilka lapsusów. Pod tym wzgledem polski występ był nieporównanie lepszy. Jedynie Brendan pomiędzy utworami był nieco rozmowniejszy, ale cóż się dziwić, w końcu grał u siebie w domu.

The Gathering "Accessories"

To trochę żenada wrzucać reedycje różne do podsumowania roku, ale z braku laku... A muszę przyznać, że z wielką uwagą i zainteresowaniem przesłuchałem te wydawnictwa, które oprócz materiałów typowo odgrzewanych zawierają utwory zupełnie wcześniej nieznane szerszej publiczności. Dość wspomnieć o próbnej sesji nagraniowej do albumu "Nighttime Birds", która udowadnia stare powiedzenie, że lepsze jest wrogiem dobrego. Otóż fantastyczny, bardzo przestrzennie zrealizowany przez niejakiego Eroc'a materiał usiłowano później, pod auspicjami podsuniętego przez wytwórnię producenta, poprawić w taki sposób, że zmarnowano, moim zdaniem, dość niezwykły potencjał tych kompozycji. To co "poprawiano" wyszło ostatecznie gorzej na finalnym albumie, a utwór, który dograno już na oficjalnej sesji czyli "The May Song" to już jest totalne nieporozumienie. Zawsze uważałem "Nighttime..." za płytę najsłabszą w erze Anneke, ale po przesłuchaniu tych "demo wersji" nie jestem już tego taki pewny. Bardzo pouczająca lekcja.

To wszystko jeśli chodzi o rok 2005. Wielu płyt z tamtego roku słuchałem fragmentarycznie lub tak niewiele razy, że nie czuję się kompetentny wypowiadać się o nich wiążąco. Znacznie wiecej słuchałem płyt z lat poprzednich, wśród których odkryłem kilka niekwestionowanych perełek, ale to już ani czas ani miejsce na to.

ŁUKASZ MIŃCZYKOWSKI:

Rok 2005 mimo kilku słabszych momentów był w moim odczuciu bardzo udany. Albumy które się ukazały nie ustępowały tym z lat poprzednich a czasem je przewyższały. Sama lista kandydatek do najwyższego podium w moim prywatnym rankingu najlepszych płyt minionego roku często się zmieniała i ostatecznie znalazły się na niej następujące pozycje :

1. Ecstasy Project Trio "Realium"

Absolutny fenomen. Płyta z szufladki jazzowej ale jednocześnie oddalona o lata świetlne od tej muzyki. Pozycja mroczna, melancholijna i niosąca ze sobą dużą dozę smutku a zarazem sprawiająca nieziemską radość obcowania z niespotykanym dotąd pięknem. Rozszerzenie jaźni tak dosadne że aż strach przekroczyć granicę... Album zadomowił się w moim sercu na dobre.

Pełna recenzja tutaj.

2. Piano Magic "Disaffected"

To jest wręcz niewiarygodne. Dwie płyty w ciągu zaledwie roku i obie na tym samym, wysokim poziomie. Glen Johnson i jego ekipa zaserwowali tym razem bardziej piosenkowe ujęcie swojej twórczości ale nadal czarują pastelowymi barwami, przestrzenią i niezwykła mocą oddziaływania. Ich muzyka, która balansuje na pograniczu rocka, elektroniki, new wave i awangardy nie ma sobie równych. Ale to już rzadka cecha bycia niepowtarzalnym.

Pełna recenzja tutaj.

3. Hammock "Kenotic"

Ta ambientowa mieszanka klimatów Sigur Ros i The Cure dotarła do mnie zupełnym przypadkiem z czego niezmiernie się cieszę, tym bardziej że znalazła się tak wysoko w moim prywatnym rankingu najlepszych płyt 2005 r. Mocno plastyczna i krajobrazowa atmosfera miesza się tu z mrokiem i nastrojem niepewności. Miniatury dźwiękowe a czasem i dłuższe utwory zakłębiają się w umyśle i nie ma żadnego sposobu żeby go opuściły. Słuchając albumu dusza płynie sobie gdzieś daleko poza czasem i przestrzenią odkrywając nieznane dla siebie terytoria. Więcej takich płyt!

Pełna recenzja tutaj.

4. Quidam "surREvival"

Odrodzenie i triumfalny powrót Quidam na scenę. Po wymianie sekcji rytmicznej oraz zastąpieniu wokalistki wokalistą grupa nagrała najcięższy w swoim dorobku album który na dodatek dorównuje poziomem dziś już klasycznemu debiutowi z poprzedniej dekady. O sile nowego składu można było przekonać się min. oglądając muzyków podczas jesiennego "surREvival Tour" zwieńczonego wspaniałym spektaklem w poznańskim Blue Note. Pod koniec roku członkowie Quidam poinformowali o chęci szybkiego nagrania następcy "surREvival" co jest efektem dobrego zgrania i dotarcia się obecnego składu. Trzymam kciuki.

Pełna recenzja tutaj.

5. Oceansize "Everyone Into Position"

Piątka muzyków tworzących Oceansize nagrała powalający album który znaczy dla mnie bardzo dużo. "Everyone Into Position" miażdży, wkrada się do zakamarków duszy i zapewnia niesamowitą porcję przeżyć estetycznych. Członkowie formacji w nieziemski sposób łączą gitarowy zgiełk i psychodelię, eksperymentują z kompozycją i do wszystkiego dokładają tkwiącą w Wyspiarzach naturalną inklinację do melancholii. Twór powstały w ten sposób stanowi dużą przyjemność dla każdego kto nie boi się zatracić w pozaziemskim pięknie. Oczywiście wszystko co gra Oceansize już kiedyś gdzieś było. Grupa potrafi jednak zastaną muzykę wykorzystać jako podłoże do dalszych poszukiwań dzięki czemu być może niedługo zostanie uznana za jeden z najoryginalniejszych zespołów początków XXI wieku. Na dzień dzisiejszy i tak brzmi niezwykle świeżo.

Pełna recenzja tutaj.

6. Opeth "Ghost Reveries"

Opeth to zespół wyjątkowy. Jego eklektyczna muzyka podoba się zarówno zwolennikom mocnego uderzenia jak i ludziom których do metalowych tortur w ogóle nie ciągnie. Ostatnia płyta, mimo iż nie zrewolucjonizowała twórczości Äkerfeldta i spółki jako takiej(choć nieznaczne zmiany są zauważalne), zasłużyła na to żeby znaleźć się w moim rankingu - za to że urwała mi dupsko!!!

Pełna recenzja tutaj.

7. Venetian Snares "Rossz Csillag Alatt Született"

Spotkałem się z opinią że trzeba "nieźle się zjarać" żeby zrozumieć muzykę zawartą na ostatnim albumie projektu pod przewodnictwem Aarona Funka, dość znanej w świecie muzyki elektronicznej postaci. Możecie mi jednak wierzyć, że gdy człowiek się już w nią wczuje, żadne używki nie są potrzebne. Powiem więcej - nikt nie zostaje taki sam jaki był zanim ją poznał. Diametralnie zmienia się myślenie o otaczającym nas świecie. Mało kto jest zresztą w stanie przejść obojętnie obok potrawy która w niemalże futurystyczny sposób łączy tradycję z nowoczesnością. Każdy z nas może odnaleźć tu cząstkę siebie. Venetian Snares udowadniają że - wbrew obiegowej opinii - w elektronicznej muzyce mogą być zawarte prawdziwe emocje i uczucia. Ten projekt jest jednym z najbardziej oryginalnych i frapujących muzycznych tworów ostatnich lat. Warto spróbować.

Pełna recenzja tutaj.

8. Dredg "Catch Without Arms"

Mało znany w Polsce zespół Dredg powrócił ze zdwojoną siłą nagrywając płytę która z jednej strony jest połączeniem muzyki zawartej na dwóch poprzednich wydawnictwach a z drugiej prezentuje się najlepiej z nich. Jest tutaj wszystko czego ja osobiście oczekuję od nowoczesnego rocka : ostre riffy, melodyjność, troszkę patosu i smutek słyszalny zwłaszcza w emocjonalnych partiach wokalnych. Niebanalna muzyka o wyrafinowanej przestrzeni harmonicznej, kunsztownie opracowana i nie pozbawiona przebojowości.

Pełna recenzja tutaj.

9. Taproot - "Blue-Sky Research"

Rock'n'roll, agresja, brud, wściekłość, melodyjność i piosenkowość - tymi oto słowami można pokrótce określić ostatnią produkcję Taproot. Żywiołowość właściwa młodym zespołom jest nieodzownym elementem twórczości zespołu. Nie wiadomo jaką drogą grupa pójdzie dalej ale "Blue-Sky Research" na tyle mnie zafascynowało że zajęło należyte miejsce w moim rankingu.

Pełna recenzja tutaj.

10. Riverside "Second Life Syndrome"

Długo oczekiwany następca "Out Of Myself" wywołał sprzeczne emocje. Jedni odsądzają od czci i wiary, drudzy uwielbiają. Dla mnie jest on logiczną kontynuacją debiutu. Zespół ma swój styl i umiejętnie poszerza go o nowe elementy. Jest więcej growlu i agresywnych riffów, są arabskie wstawki a muzyka jako całość jest znacznie trudniejsza w odbiorze. Swoją klasę instrumentaliści potwierdzili podczas poznańskiego koncertu, a na ten rok została zapowiedziana ogólnokrajowa trasa oraz występ podczas dorocznego Castle Party. Powodzenia, panowie.

Pełna recenzja tutaj.

Koncerty roku :

1.Ray Wilson, 28.10, Wrocław, Od Zmierzchu Do Świtu
2.Phil Collins, 24.11, Praga, Sazka Arena
3.Quidam, 27.11, Poznań, Blue Note
4.Riverside, 17.11, Poznań, Zeppelin Hall
5.Dream Theater, 4.10, Poznań, Arena

Nadzieje na 2006 :

Prototyp
Neighbourhood
Disillusion
Lavender
Sellisternium
Mind Gate
Neurasthenia
Snowman
Robotobibok
Pain Of Salvation
David Bowie
Marillion
Division By Zero

EARTHLING:

Rok 2005 nastał i przeminął, pozostawiając po sobie szereg totalnie przeciętnych choć popularnych albumów (Franz Ferdinand, The Departure, Bloc Party), kilka przykrych rozczarowań (Nine Inch Nails, The Kills, Doves) i ogólne wrażenie, że rok 2004 był bardziej interesujący pod względem muzyki. Na szczęście pojawiło się kilka godnych uwagi płyt, z czego co najmniej dwie zasługują na miano absolutu. Tak jak przed rokiem, kolejność wymienionych albumów jest przypadkowa, nie licząc trzech pierwszych pozycji.

1. Gorillaz "Demon Days"

Damon Albarn okazał się jednym z najbardziej uzdolnionych i wszechstronnych artystów swojego pokolenia. Aliści nie podejrzewałem, że po świetnym (a według niektórych wręcz przełomowym) Think Tank jego macierzystej grupy Blur, Albarn wzniesie się jeszcze raz na wyżyny swoich możliwości. A jednak! Demon Days to album, który uwodzi od początku do końca. Doskonały amalgamat mięsistych gitarowych brzmień z porywającą elektroniką, gdzie tradycyjnie generowane dźwięki mieszają się z nieograniczonymi możliwościami samplera. Nie da się jednym słowem określić twórczości Gorillaz; wszelkie szufladki po prostu tracą rację bytu przy różnorodności tej muzyki. Dla kogoś takiego jak ja, kto nigdy nie potrafił jednoznacznie opowiedzieć się za jedną stroną w konflikcie "gitara kontra nowe brzmienia", jest to album wymarzony. Nie ma tu ani jednego zbędnego dźwięki, ani jednej fałszywej nuty, jest za to maksimum perfekcji i dający do myślenia przekaz liryczny. Chwała Albarnowi za to, że poważne treści zdołał ubrać w przystępne, przebojowe piosenki, którym daleko do banałów wszechobecnej pop-papki. Demon Days jest jedyną płytą minionego roku, której wystawiam maksymalną ocenę.

2. Piano Magic "Disaffected"

Cóż za niespodzianka! Piano Magic była dla mnie kompletnie nieznaną formacją i zanim zdążyłem dowiedzieć się o ich istnieniu, nagrali pięć albumów. Ja poznałem ich przy okazji szóstego, Disaffected właśnie. Bez przesady można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego przesłuchania. Omawiana pozycja to płyta ze wszech miar wyjątkowa, harmonijna, wyważona, estetyczna, niecodzienna, przemyślana w najdrobniejszych szczegółach - jednym słowem przepiękna. Pełna jesiennej melancholii i ponurej zadumy. Czy to powoli rozwijający się You Can Hear The Room z nagłą eksplozją gitarowej ściany dźwięku, czy nafaszerowany złowieszczą elektroniką I Must Leave London czy wreszcie utrzymany w delikatnej słodko-gorzkiej tonacji utwór tytułowy - wszystkie kompozycje na Disaffected porażają potężną dawką szczerych uczuć. "Wielkie emocje zaklęte w prostych nutach. Aż wierzyć się nie chce, że ktoś jeszcze nagrywa dziś takie płyty..." napisał w recenzji Slay, a ja podpisuję się pod tą opinią wszystkimi kończynami.

Pełna recenzja tutaj.

3. Yonderboi "Splendid Isolation"

Yonderboi to młody, kreatywny Węgier, który jako zaledwie 19-latek zadebiutował świetnie przyjętym krążkiem Shallow and Profound, zdobywając międzynarodowe uznanie, a w rodzinnym kraju status gwiazdy. Laszlo Fogarasi nie spieszył się z wydaniem drugiego longplaya, ciągle go dopracowując i dodając nowe elementy. Po pięciu latach milczenia wreszcie zaserwował nowy materiał, który - przyznam szczerze - od razu mną zawładnął. Splendid Isolation nie jest nowatorską produkcją i nie taką miała być. Jednak z całą pewnością cechuję ją jeśli nie oryginalność, to olśniewająca świeżość. Dzieło Węgra jest znakomicie wyprodukowane i gromadzi wspaniałe, wpadające w ucho piosenki. Równowaga między sprawną realizacją a przystępną melodyką utworów jest tu idealnie zachowana. Jakby tego było mało, w twórczości Yonderboia znalazło się również miejsce na polski akcent - w ślicznej kompozycji Eyes For You artysta wykorzystał sampel z twórczości Czesława Niemena! Ale nawet bez tego sympatycznego nawiązania zawartość Splendid Isolation przekonuje mnie w stu procentach.

Editors "The Back Room"

Editors to kwartet z Birmingham będący niejako brytyjską odpowiedzią na Interpol. Słuchając ich debiutanckiego longplaya ma się nieodparte wrażenie obcowania z epigonami Nowojorczyków. Mimo wszystko słowo "epigon" nie jest tu na miejscu z racji swojego raczej pejoratywnego zabarwienia - dokonania Editors, choć czerpiące garściami ze spuścizny wymienionego zespołu (i kilku innych, w tym rzecz jasna Joy Division), naprawdę mają duszę. Jest w nich pasja, jest zaangażowanie. A już na pewno ciężko odmówić członkom grupy talentu do pisania melodyjnych, a przy tym szalenie dynamicznych kawałków. Lights, Munich, Blood, All Sparks, Fingers In Factories i inne to powalające, naładowane energią numery, których mogę słuchać w kółko. Soczyste riffy, ekspresyjny wokal i kapitalna, "chłodna" gra sekcji - czegóż chcieć więcej? Jest to jeden z tych krążków, których wartość wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości przesłuchań. W pierwszym odruchu (tzn. w recenzji popełnionej dla Taboo) wystawiłem mu 7 punktów, teraz dałbym więcej.

Pełna recenzja tutaj.

The Llushlife Project "Budapest Eskimos"

Druga w rankingu propozycja rodem znad Dunaju. Za enigmatyczną nazwą The Lushlife Project stoi dwóch budapeszteńskich DJ-ów i producentów, którzy są już legendą tamtejszego środowiska niezależnego. Zoltán Palásti Kovács i Konrád Pilisi wykreowali na swoim debiutanckim wydawnictwie iście magiczną atmosferę. Budapest Eskimos to ponad godzina czystej przyjemności w postaci olśniewających melodii i dźwiękowego przepychu, od którego doprawdy trudno się oderwać. Bogactwo tej muzyki jest zaskakujące, a umiejętność kreowania wielowymiarowych konstrukcji melodycznych - powalająca. Kovácsowi i Pilisemu należą się duże brawa za poszanowanie tradycji i umiejętne obchodzenie się z materią twórczą. Ale to nie wszystko; ich debiutancki materiał, choć nie odkrył nowych lądów, tchnął nowe życie w wyświechtaną stylistykę. To dużo ważniejsze niż sprawne operowanie dźwiękami. Mam nadzieję, że to nie jest ostatnie słowo dwójki łebskich facetów z The Lushlife Project.

Pełna recenzja tutaj.

Daddy G "DJ Kicks"

Daddy G, jeden z mózgów Massive Attack, wydał wreszcie solową płytę. Nie jest to jednak autorska produkcja, lecz didżejski set popełniony w ramach serii DJ Kicks. Nie zmienia to jednak faktu, że propozycja Daddy'ego to rzecz wytrawna, skierowana nie tylko do miłośników Massive Attack, ale również do wszystkich, którzy cenią sobie muzykę opartą na współpracy ciężkiego basu i wyrazistych bębnów. Muzyk z właściwą sobie lekkością i finezją łączy brzmienia z pogranicza reggae, dub, trip-hopu, funku i soulu. Składa tym samym hołd twórcom, którzy byli dlań inspiracją, a słuchaczom zapewnia 75 minut relaksującej podróży po najbardziej klimatycznych rejonach muzyki rozrywkowej.

Pełna recenzja tutaj.

Depeche Mode "Playing The Angel"

Bardzo udany powrót. Po nudnawym i przekombinowanym Exciter spodziewałem się najgorszego, a tymczasem panowie wzięli się w garść i nagrali przekonujący i godny uwagi materiał. Są tu momenty naprawdę świetne (Join The Revelator, Precious czy kończący całość The Darkest Star), są echa dawnych dzieł DM (Suffer Well brzmiący niczym połączenie Little 15 z Enjoy The Silence), są też ewidentne buble, chociaż tych ostatnich zdecydowanie najmniej (tak naprawdę tylko dwa: zaśpiewany przez Gore'a, wymuszony Damaged People oraz ciągnący się niemiłosiernie I Want All będący nieudanym ukłonem w stronę trip-hopu). Szóstkę w totka wygrywa się tylko raz w życiu, a Gahan, Gore i Fletcher trafili go aż dwukrotnie - w 1993 (Songs Of Faith And Devotion) i 1997 roku (Ultra). Zatem trudno mieć im za złe, że po raz trzeci nie nagrali arcydzieła. Najważniejsze, że nie sprawili zawodu swoim fanom - znacznej ich większości Playing The Angel przypadł do gustu, podobnie jak niżej podpisanemu.

Pełna recenzja tutaj.

Antimatter "Planetary Confinment"

Naczelny narzekał na ten album, ja spojrzałem nań mniej krytycznie. Inna sprawa, że w moim przypadku ciężko o subiektywną opinię, albowiem projekt Antimatter jest bardzo bliski mojemu uchu. Planetary Confinement, której intro nieodzownie przywołuje na myśl kompozycje Sigur Rós, a która kończy się wariacją anathemowego Eternity, posiada klimat typowy dla wcześniejszych nagrań Duncana Pattersona i Michaela Mossa. Dużo tu kontemplacji, dużo melancholii i przygnębienia. Nie jest to smutek egzaltowanego nastolatka - wiecznego dzieciaka w rodzaju Briana Molko; raczej gorzki żal dojrzałego, doświadczonego mężczyzny. Żal zabarwiony zmęczeniem i powolną rezygnacją. Tak tekstowo przedstawia się trzeci studyjny krążek grupy. A muzycznie? W porównaniu do poprzednich longplayów Antimatter, na tym elektronikę zredukowano do minimum. Najczęściej pełni ona rolę tła dla wyeksponowanych partii gitary akustycznej. Gdzieniegdzie pojawiają się również instrumenty smyczkowe (anielski, zwalający z nóg Epitaph!) potęgujące żałobny nastrój. Pod względem aranżacyjnym Planetary Confinement to produkcja oszczędna, choć niezwykle sugestywna i urzekająca. Momentami uderza monotonia niektórych utworów, ale w ogólnym rozrachunku ten album można, a nawet należy uznać za sukces.

Pełna recenzja tutaj.

Colder "Heat"

Jednoosobowy projekt Colder zabłysnął w 2003 roku debiutanckim Again. Pomysłodawca Colder, pochodzący z Francji Marc Nguyen Tan, stworzył wówczas album na tropie Joy Division, Gang Of Four, wczesnego The Cure i innych nowofalowych klasyków. Motywem przewodnim debiutu był wszechogarniający chłód (w końcu nazwa zobowiązuje) i motoryka a'la Kraftwerk. Francuzowi udało się ubrać stylistykę tzw. "zimnej fali" w elektroniczne ciuszki, co tylko spotęgowało wrażenie totalnego zlodowacenia, ale też nadało tej konwencji nową, na wskroś oryginalną formę. Po dwóch latach w muzyce Colder niewiele się zmieniło - nadal jest to interesujący mariaż pulsujących basów i monotonnej perkusji z przeróżnymi elektronicznymi smaczkami, choć już nie tak nieszablonowy jak za pierwszym razem. I choć momentami Tan zdaje się cytować samego siebie, nie przeszkadza to w odbiorze. Jako ogromny entuzjasta zimnych brzmień z łatwością odnajduję się w wykreowanych przez Colder dźwiękach. Chłodu nigdy za wiele.

Hammock "Kenotic"

Magia - to pierwsze określenie, jakie kojarzy mi się z debiutanckim albumem duetu Hammock. Subtelne, wysmakowane pejzaże soniczne, odgłosy łkającej gitary, niespieszne instrumentalne ballady z ambientalnym tłem, a wszystko to spowite niesamowitą aurą tajemniczości. Aurą, która przenosi słuchacza w odrealnione miejsca z pogranicza jawy i snu. Kenotic emanuje przyjemnie nostalgicznym nastrojem, ale daleko mu do depresyjnych stanów ponuraków z Mogwai. Nawiązania do szkockiej grupy, jak również do Explosions in the Sky, Sigur Rós a nawet Briana Eno, są oczywiste ale Hammock i tak posiada własną tożsamość, co w naszych postmodernistycznych czasach jest już wartością samą w sobie. Warto poznać Kenotic dla chociażby jednego momentu, a jest nim What Heaven Allows - kto wie, może jeden z najwspanialszych utworów w ogóle? Z gatunku tych, które na zawsze pozostają w uchu/głowie/sercu. Niepotrzebne proszę skreślić. Osobiście zostawiam tylko tą ostatnią opcję, bowiem jest to muzyka, której słucha się sercem. Płyta idealna do medytacji.

TOMASZ "TROLLKING" ZDULSKI

Jak zwykle na muzykę staram się patrzeć przez pryzmat rzeczywistości i polityki. Biorąc więc za punkt wyjścia owe zagadnienia, uważam, że muzycznie ten rok nie był wcale taki zły. Wniosek jest jeden - cieszmy się z tego co mamy, bo już niedługo jedynym dopuszczalnym zespołem będzie kultowa dla Młodzieży Weszpolskiej Twierdza…

Opeth "Ghost Reveries"

Zespół, który już nie po raz pierwszy pokazuje, iż można jednocześnie zionąć siarką i pachnieć fiołkami. No, może lekko zgniłymi fiołkami. "Ghost reveries" jako konsekwentna kontynuacja drogi obranej przez Opeth, od początku działalności sprawdza się doskonale. Bo od tej grupy nie wymaga się nowatorstwa, a raczej utrzymania bardzo wysokiej poprzeczki w kategorii miksowania pięknej i bestii, łagodności i brutalności, Leonardo Di Caprio i prezydenta Kaczyńśkiego. I jak zwykle się udaje.

Pełna recenzja tutaj.

Diorama "Amaroid"

Tą płytą Diorama ostatecznie wychodzi poza ramy zespołu spełniającego społeczną funkcję Diary Of Dreams dla blondynek. "Amaroid" to dzieło dobrze przemyślane, praktycznie bez słabych punktów. Diorama znacznie zwolniła tempo, zachowując przy tym melodyjność i pewną głębię. Jednocześnie, gdy już przyspiesza, nie brzmi to - jak w większości bandów z kręgu electro - niczym pożywka dla tłumu gothów pragnących zaspokoić swą nieśmiałość do sięgnięcia po najnowszy krążek Scootera. Jest nieźle, a w przyszłości wystarczy trzymać ten poziom, bo konkurencja (niestety, wraz ze wspomnianym już Diary) dawno została ostro w tyle.

Ever Eve "Tried & Failed"

No i proszę, jednak można nagrać jednocześnie nowoczesną, melodyjną i gotycką płytę jedynie troszeczkę ocierającą się o kicz. Szybkie gitary, dużo klawiszy i trochę elektroniki, okraszone bardzo ładnym męskim wokalem tworzy całość, może niepowalającą ambicją, ale na pewno przebojową i wpadającą w ucho. Jeśli kiedyś (za czasów płyty "Regret") Ever Eve było zespołem o smutnym i melancholijnym obliczu, to teraz chyba lekko przesadzono z prozakiem, bo "Tried & failed" nie nadaje się już zupełnie na samotne randki z żyletką.

Antimatter "Planetary Confinment"

Ta płyta została już spalona na rytualnym stosie przez fanatycznych miłośników zespołu. Przyznam, że osobiście zupełnie nie rozumiem owego rozgoryczenia, bo choć może najnowsze Antimatter nie jest już tym z czasów "Saviour", to i tak pięknie opisany smutek zawarty na tej płycie z pewnością pomógł już kilku samobójcom radośniej rozstać się z tym światem. "Planetary Confinment" to dzieło stworzone przy użyciu jedynie czterech instrumentów, w dodatku na odległość, a jednak pozostaje fenomenem na miarę preferencji wyborczych naszych szanownych Rodaków.

Pełna recenzja tutaj.

Riverside "Second Life Syndrome"

Umieszczam tę płytę lekko na wyrost, choć debiutanckiemu "Out of myself" jest godzien jedynie zeskrobać grzybicę ze stóp. Jednak na tle naszej rodzimej konkurencji tworzącej ambitniejszą muzykę, Riverside wciąż poraża jakością produkcji, perfekcją wykonania i pewną niezależnością. "Second life syndrome" ma jedną dużą zaletę - nie podoba się od razu przy pierwszym przesłuchaniu, a dopiero przy przesłuchaniu liczonym w dziesiątkach. A ja, w ramach swojego głęboko ukrytego, nieuświadomionego i nieistniejącego patriotyzmu gotowy jestem przymknąć oko na niezmienny schemat piosenek Riverside, oparty na prostej zasadzie: "solówka-solówka-solówka-solówka-wokal-solówka-solówka-solówka-solówka"…

Pełna recenzja tutaj.

Apoptygma Berzerk "You And Me Against The World"

Za odwagę w przełamywaniu schematów i przejście z etapu lekko kiczowatego synth-popu na etap lekko kiczowatego synth-rocka. Dobrze jest mieć świadomość, że są na świecie zespoły, które gdzieś mają fanów, a chcą podążać własną drogą rozwoju, nawet jeśli ma to oznaczać zamianę klasycznego wychodka z serduszkiem na super nowoczesny i tak samo niewygodny toi-toi.

Pełna recenzja tutaj.

The Killers "Hot fuss"

Że co, że niby boimy się przyznać, że komercyjne też może być fajne? Jeśli tak ma wyglądać komercja, to ja od jutra gotowy jestem założyć wygodny dresik i z bejsbolem promować Killersów. Bo tak pozytywnego, pulsującego i melodyjnego rocka można słuchać w nieskończoność, nawet będąc oskarżonym o herezję. A ten, komu nie wpadł w ucho przebój "Somebody told me" niech pierwszy rzuci kamień…

Natura Dread Killaz "Naturalnie"

Gdy już uda nam się przedrzeć przez zielone opary dymu unoszącego się nad tą płytą, oczom naszym ukaże się słodziutki zespół z kręgów ragga, o wszystko mówiącej nazwie Natural Dread Killaz. Zawartość krążka "Naturalnie" to pozytywnie zakręcone teksty opisujące trzy ważne rzeczy w życiu każdego współczesnego Polaka: jaranie trawy, jaranie trawy oraz jaranie trawy. No i jeden bardzo odważny song zawierający refren: "Watykan, Ku Klux Klan - jedna mafia, mówię wam (joł)". Gdyby chłopcy jeszcze w przyszłości zrezygnowali z usług piejących w niebogłosy kobiecych chórków, byłoby znakomicie. A tak jest bardzo dobrze z minusem.

Na koniec należy wspomnieć, że wyszły w Polsce nowe płyty takich zespołów jak Hey i Homo Twist, ale może poprzestanę na tej krótkiej wzmiance. Po co zaśmiecać bluzgami kulturalny portal? Za to mam jednego kandydata w kategorii "Niewypał roku", o którym poniżej:

Variete "Nowy materiał"

Ideał sięgnął bruku. Zamiast trudnej, ambitnej muzyki ten kultowy (przynajmniej dla mnie) zespół zaserwował nam pseudonowoczesną papkę zagraną na sprzęcie typu full plastik, okraszając to wszystko tekstami, od których ciekawsze są nawet podręczniki o życiu seksualnym zielonej pietruszki. Jeden wielki niewypał, a choć "Nowy materiał" wyszedł na początku ubiegłego roku, to mi osobiście czkawka po nim odbija się do dziś. Jedyne, co pozostaje, to wiara, że Variete przy następnym krążku przestanie wariować.

Pełna recenzja tutaj.

GOŚCIE:

DAREK HAŁAS (www.artrock.pl)


1. Circus Maximus "The 1st Chapter"

Ten młody i obiecujący norweski band wtargnął do progmetalowego światka niczym meteor. Już lektura demo z 2004 r. obiecywała wiele. Dość tradycyjne granie kojarzące się z Dream Theater, Symphony X lub czasami z Ayreon jednak okraszone olbrzymią dawką świeżości i młodzieńczego szaleństwa. Utwór "Glory Of The Empire" należy do moich ulubionych kawałków gatunku. Na uwagę zasługuje znakomity wokalista w osobie Michaela Eriksena. Uważam, że zespół czeka wielka kariera. Będę bacznie obserwował ich dokonania.

2. Redemption "The Fullness Of Time"

Amerykańska formacja Redemption jest projektem Nicka van Dyka, kompozytora, gitarzysty i klawiszowca. To druga płyta po debiucie, jaki miał miejsce w 2002 roku. Sekcja rytmiczna Prymary. Za mikrofonem wielki Ray Alder z kultowego Fates Warning. Świetna technika, znakomita realizacja. Progmetal przez duże P. Perełką płyty jest genialna suitka "Sapphire".

3. Fragile Vastness "A Tribute To Life"

To druga płyta Greków po "Excerpts" z 2002 roku. Dwupłytowy album stanowiący przecudny konglomerat progmetalu, muzyki etnicznej i jazzu. Bardzo eklektyczny i fabularny. Momentami twórczość Fragile Vastness może kojarzyć się z wielkimi Szwedami z Pain Of Salvation. W jednym z utworów gościnnie zaśpiewał Ray Alder. Artyści z Fragile Vastness cały czas eksperymentują i zaskakują nowymi rozwiązaniami. Godne polecenia!!!

Pełna recenzja tutaj.

4. Spheric Universe Experience "Mental Torments"

Debiutanci z Francji. Rasowy progmetal kojarzący się z Teatrem Marzeń okresu SFAM. Co prawda angielszczyzna Francka Garcia naznaczona jest wyraźnym akcentem jednak w zamykającym płytę, wspaniałym utworze "Echoes Of The Stars" ta przywara staje się zaletą. Scena francuska do niedawna pozostawała białą plamą na progmetalowej mapie. Do niedawna!

5. Beyond Twilight "Section X"

Kolejna odsłona projektu Finna Zierlera. Po debiutanckim "The Devil's Hall Of Fame" z 2001 roku z wielkim Jornem Lande przy mikrofonie mało kto wierzył w równie powalającą powtórkę. Chyba się udało. Co prawda miejsce Jorna zajął Kelly Carpenter jednak ten godnie stawił czoła popularnemu poprzednikowi. Magia Beyond Twilight działa nadal.

Pełna recenzja tutaj.

6. Lord Of Mushrooms "Seven Deadly Songs"

Kolejna niespodzianka znad Loary. Piękny i liryczny progmetal z dużą dawką melodii. Po zdecydowanie neoprogowym debiucie zaskakujący zwrot w kierunku technicznych klimatów. Tę nazwę warto zapamiętać.

7. Pagan's Mind "Enigmatic: Calling"

Norweski Pagan's Mind poprzednim albumem "Celestial Entrance" (2002) szturmem wtargnął do czołówki światowego progmetalu. "Enigmatic: Calling" jest logiczną kontynuacją poprzedniczki. Artyści nieco dorośli i przemyśleli muzyczny koncept. Usztywnili też nieco swój gatunkowy kręgosłup. Płyta polecana szczególnie miłośnikom Star Gate i Ericha von Doenikena.

Pełna recenzja tutaj.

8. Lydian Sea "Architect of Humanity"

Tak naprawdę Lydian Sea uważani są za mistrzów progmetalowego undergroundu. Po interesującym debiucie nagrali album potwierdzający wysoką klasę. Sporo melodii, harmonii i klimatów przypominających Fates Warning. Jestem przekonany, iż w niedługim czasie Lydian Sea przedrze się do światowych czołówek.

9. Rob Van Der Loo's Freak Neil Inc. "Characters"

Rob Van Der Loo jest wielce utalentowanym basistą na co dzień okupującym etat holenderskiej formacji Sun Caged. To już drugie jego wydawnictwo solowe. Zapraszając wielu znanych muzyków (m.in. Sean Malone, Arjen Lucassen) stworzył niesamowitą krainę energetycznego avant-prog-metalu nie stroniąc od eksperymentów z elektroniką. Warto!

10. Dream Theater "Octavarium"

Ta nazwa mówi sama za siebie. Co prawda przyzwyczailiśmy się do okupacji przez DT pierwszych miejsc wszelkich notowań jednak nie zawsze tak musi być. Płyta stonowana, stanowiąca odskocznie od ciężkiej i nieco klaustrofobicznej "Train Of Thought". Jestem przekonany, że żywa legenda, którą bezsprzecznie jest Teatr Marzeń długo jeszcze będzie nadawała tempo i ton temu co się dzieje w progresywnym metalu...

MIKOŁAJ MARCELA (Mind Gate):

1. Venetian Snares "Rossz Csillag Allat Szueletett"

Rok 2005 pod wieloma względami był wyjątkowy, choć dla mnie pewnie najbardziej pod względem muzycznym, bo po kilku latach zajmowania się głównie ogólnie rozumianym progresywnym metalem zacząłem szukać czegoś zupełnie nowego, eksplorując praktycznie wszystkie możliwe muzyczne rejony - oczywiście wszystkiego po trochu, nie za dużo, wybierając tylko to, co najlepsze według znajomych zajmujących się różnymi muzycznymi "szufladkami". Tak się złożyło, że po przesłuchaniu wielu, wielu płyt jedna wybijała się ponad wszystkie innym blaskiem, zupełnie dla mnie niesamowitym - tą płytą była jedna z najnowszych propozycji Aarona Funka, a dokładniej magiczna od pierwszej do ostatniej sekundy "Rossz Csillag Allat Szueletett". Trudno powiedzieć co w tej całej mieszaninie dźwięków i trudnych do ogarnięcia zwałów beatów, szumów i sampli zwraca uwagę słuchacza, przywłaszczając sobie go na długie godziny... Myślę, że właśnie takiego podejścia do muzyki oczekuje od współczesnych twórców - innowacji, łączenia pozornie nie pasujących do siebie stylów i zawierania w swoich dokonaniach takiej dawki sprzecznych i przytłaczających emocji. Jeśli miałbym wskazać kilka naprawdę "magicznych" płyt, które usłyszałem w ostatnich latach to "Rossz Csillag Allat Szueletett" na ten moment będzie na pewno na jednym z czołowych miejsc. Po prostu płyta doskonała.

Pełna recenzja tutaj.

2. Antony and the Johnsons "I Am a Bird Now"

Każde podsumowanie jakie próbuje robić jest zawsze inne, choć rządzi się pewnymi prawami - na pierwszym miejscu nie sposób nie znaleźć propozycji Venetian Snares na 2005 rok, zaś na miejscach od 2 - 5 znajdują się nieustannie płyty, które są dla mnie bardzo zbliżone do siebie poziomem i które mógłbym określić mianem płyt świetnych, choć nie do końca idealnych. Jednym z największych odkryć i jednocześnie zaskoczeń był album "I Am a Bird Now" autorstwa grupy Antony and the Johnsons. Antony to jedna z bardziej wyrazistych postaci z jakimi zetknąłem się ostatnimi czasy. Duży dystans do siebie i swojej twórczości, cudny głos i świetne wyczucie muzyczne. Choć pozornie zdawać by się mogło, że to muzyka, która w jakimś stopniu nie przystoi do naszych czasów to jednak olbrzymie pokłady jakie drzemią w Antonym nie pozwalają przejść obojętnie obok "I Am a Bird Now". Niewątpliwą dodatkową atrakcją i tak świetnej płyty są duety, w których obok Antony'ego pojawili się: Boy Geogre, Devandra Banhart czy Lou Reed. Płyta dla wszystkich.

3. Sufjan Stevens "Illinois"

Jedna z tych płyt, na które trafiłem zupełnie przypadkowo w czasie przeglądania nowości wydawniczych na rok 2005. Przyznam, że mój wzrok przede wszystkim od razu wychwycił sformułowanie "progressive country/folk", które niebywale mnie zaciekawiło. Wkrótce posłuchałem i zrozumiałem - jednak to prawda! Bardzo przyjemne amerykańskie granie, w którym pobrzmiewa tradycja muzyczna Dzikiego Zachodu zmieszana ze spokojniejszym indie rockowym klimatem. "Illinois" to ponad godzina muzycznej uczty z najwyższej półki, do której jednak trzeba się przekonać i dać jej kilka prób, a z pewnością ujawni swój złożony smak. Polecam!

4. Dredg "Catch Without Arms"

Z tą płytą mam chyba największy problem, bo Dredg od momentu, w którym usłyszałem debiutancki "Leitmotif", a wkrótce potem jedną z tych kilku "magicznych" płyt ostatnich lat ("El Cielo"), stał się jednym z najlepiej zapowiadających się zespołów na najbliższe lata. "Catch Without Arms" kontynuuje te zmiany, które właściwie widoczne są na przestrzeni całej kariery Amerykanów, a więc stopniowe łagodzenie swojego oblicza i kierowanie się ku melodii, kompozycji i przede wszystkim ku emocjom. Zaczęli od dość agresywnych nu-metalowych płyt, aby przez flirt ze stylistyką zbliżoną do Toola i zademonstrowany na "El Cielo" zmysł łączenia rozmaitych stylistyk w jedno, idealne dzieło, dojść do spójnych, wpadających w ucho utworów wyrażających pełną paletę uczuć i emocji. Pozycja obowiązkowa!

Pełna recenzja tutaj.

5. Dream Theater "Octavarium"

To płyta, o której pewnie nie trzeba pisać, bo od czasów "Scenes From A Memory" popularność Dream Theater, a przy okazji całego progmetalu, rośnie niemal lawinowo. Ikona progresywnego progmetalu i tym razem mnie nie zawiodła (choć prawdę mówiąc ciężko mi sobie wyobrazić sytuację, w której ich produkcje schodzą poniżej pewnego poziomu), ale znów zaskoczyła i zaprezentowała coś niemal przeciwnego do tego, co mieliśmy na "Train of Thought". Spokój, melodia, ciekawy koncept i bardziej piosenkowe podejście do kompozycji, przypominające to z "Falling Into Infinity" to dla części plus, a dla części spory minus. Ja jestem zadowolony, bo ostatnio zdecydowanie wolę spokojniejsze płyty, bez zbędnego epatowania techniką i kombinowaniem na siłę, które zbyt często pojawia się w progmetalu. W moim osobistym rankingu płyt Dream Theater, "Octavarium" zajmie pewnie jedną z czołowych lokat i na pewno nie będę zawiedziony jeśli muzycy z Nowego Jorku pójdą dalej tą drogą.

6. Odd Nosdam "Burner"

Kolejna bardzo dziwna płyta, która wpadła w moje ręce pod koniec roku i która przebojem wdarła się do czołówki albumów z 2005 roku. Odd Nosdam to postać, która powinna być kojarzona z projektem Anticon i formacją Clouddead. Tak jak w tamtych grupach, tak i tutaj jego muzyka przynosi coś dziwnego, nieokreślonego i na pierwszy rzut ucha trudnego do słuchania, co po dłuższej znajomości wciąga i fascynuje. "Burner" to odejście od alternatywnego rapu/hip-hopu i zwrócenie się ku elektronice, choć też raczej tej bardziej alternatywnej, niszowej... Po tej płycie moją największą nadzieją na najbliższe lata jest nowy album Clouddead, bo słychać zarówno na tym krążku, jak i na płytach pozostałych członków tej formacji, że tkwi w nich sporo niespożytych pokładów, z których może jeszcze powstać wiele wspaniałej i jak najbardziej innowacyjnej muzyki.

7. Boards of Canada "The Campfire Headphase"

Ta płyta i jej miejsce w rankingu to chyba wynik potrzeby spokoju, odpoczynku i wytchnienia w muzyce. Piękna mieszanka ambientu i trip-hopu, sporo tu aury mistycyzmu i melodii pobudzających wyobraźnię, a takie kawałki jak "Chromakey Dreamcoat" czy "Dayvan Cowboy" nie mogą nie zachwycić. Polecam.

8. Mindless Self Indulgence "You'll Rebel To Anything"

"You'll Rebel To Anything" to jeden z niewielu "dopalaczy", który bardzo często gościł w moim odtwarzaczu. Dziesięć szybkich, zakręconych i melodyjnych utworów, które pobudzą do życia umarlaka to jak najbardziej słuszna droga - krótko, na temat i z wykopem. Ostatnia propozycja Mindless Self Indulgence od strony muzycznej to mieszanka metalu, industrialu, punka i jungle, dodatkowo uzupełniona świetnymi tekstami. Pamiętajcie: zamiast kawy Mindless Self Indulgence!

9. System of a Down "Mezmerize/Hypnotize"

Jakoś nie mogłem się oprzeć i nie wrzucić tych dwóch krążków. Dla mnie to najlepsze jak dotąd płyty SOAD i w przeciwieństwie pewnie do wielu fanów jestem z nich niebywale zadowolony - zresztą tu jest podobnie jak z MSI, czyli krótko, na temat i z wykopem. Sporo w tym zabawy, dystansu do siebie i swojej muzyki, a jednocześnie cały ogrom doskonałych pomysłów i przede wszystkim wokali. Zobaczymy gdzie pójdą na następnych krążkach...

10. M.I.A. "Arular"

A na koniec płyta, o której pewnie najtrudniej będzie coś napisać, bo do tej pory słabo śledziłem scenę dance, a tym bardziej tę bardziej alternatywną odmianę dance'u, choć tak do końca nie wiem czy można to tak nazwać. Z tego co udało mi się wyczytać to mieszanka garażowego brytyjskiego grania, dancehallu i rapu, ale to pewnie niewiele mówi komukolwiek. Na pewno M.I.A. to kolejna wschodząca gwiazda muzyki popularnej, która na swoim debiutanckim krążku zaproponowała 13 kompozycji wypełnionych egzotycznymi rytmami,




Tomasz "Slay" Pacyna
slay(at)post.pl

Pokaz wszystkie teksty tego autora



Skomentuj tekst

Ilość komentarzy: 1


[ wstecz ]
.strona główna. .redakcja. .księga gości. .linkownia.
Katatonia - Night Is The New Day
Koncert dla Jasia (Kopanica, Klub Genewa, 16 listopada)
Gorgisheli "Amore"
Hedningarna "Kaksi"
Riverside (Wrocław, Od Zmierzchu do Świtu, 1 października 2007)
Riverside "02 Panic Room" (singel)
Wściekłe psy
Animations "Animations"
CETI "(…) perfecto mundo (…)"
Grzegorz Kupczyk (CETI) - wywiad
Machine Head "The Blackening"
Van Der Graaf Generator, Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska, 21 kwiecień 2007
Division by Zero "Tyranny of Therapy"
Da Capo Players "The String Quartet Tribute to Dream Theater"
Espido Freire "Zmrożone brzoskwinie"
Metal Marathon 3: Turbo, Chainsaw, Merry Pop Ins (Poznań, Zeppelin Hall, 5 kwietnia 2007)
Jesus Christ Superstar (Aula Zespołu Szkół Muzycznych, Poznań, 12 kwietnia 2007)
Luminous Flesh Giants "Duma i Upadek"
Muzyczne podsumowanie 2006 roku
Pain Of Salvation (Warszawa, Progresja, 20 lutego 2007)
The Gathering 'Amity'
  The Gathering 'Amity'

"...Bardzo podoba mi się niemal dziewięciominutowa wersja "Amity" zarejestrowana na żywo w programie radiowym "Isabelle", szczególnie ze względu na fantastyczne partie gitary w trakcie utworu i w finale...."
Czytaj więcej

  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Katatonia - Night Is Th...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
  Pendragon "Not of this ...
Wolsztyńska TopLista najlepszych stron www
Rockowa Top Lista
Admin


Wykorzystywanie materiałów zawartych w Taboo bez zgody autorów jest Z A B R O N I O N E
Webmaster: www.TomaszPacyna.net
(c) 1998-2008 Taboo Staff